Pułkownika trzymam w klatce, nad biurkiem. Zachowuje się już całkiem spokojnie. Czasem tylko w trakcie sjesty, kiedy leżę w hamaku, z kapeluszem nasuniętym na czoło, widzę przez plątaninę słomianych włókien, jak niespokojnie myśli o ucieczce - jego nie dokończone ruchy w kierunku prętów i lata wojskowej dyscypliny, które powstrzymują go w pozie pełnej godności. Udaję, że tego nie dostrzegam. Dbam o niego. Sypię mu dużo ziarna. Czytam listy od towarzyszy broni. Co pewien czas nakrywam klatkę kawałkiem starej zasłony i zabieram mundur do oczyszczenia. Nie ufa mi. Nie zaczyna jeść, póki się nie odwrócę. Pije niewiele. Spodeczek muszę napełniać najwyżej raz dziennie. W wigilię urodzin królowej nalewam mu wina. Jest to kwestią wzajemnych ustępstw i szacunku. On staje na baczność każdego wieczoru, kiedy wciągają na maszt flagę mojej nocnej republiki.
Przechodzę obok budynku Poczty, grobów romea i julii. Ukradkiem czynię znak krzyża małym palcem lewej ręki: tak, przeciw urokowi na moje miłości. Mam ochotę na spacer i pewne plany. Brnę pod górkę przez stosy suchych liści. Mijam gospodę... Nie, może jednak nie mijam. Wchodzę i staję przed bufetem. Szukam po kieszeniach. Pusto. Rzucam na blat smutne spojrzenie. Barmanowi to nie wystarcza. Za grosz ludzkich uczuć. Wczoraj przegrałem do pewnego kota w rosyjską ruletkę. Bezczelny szuler miał dziewięć żyć. Nie pić następnym razem. Postanowienie poprawy skłania mnie do wyjścia. Beztrosko tarzam się w kupie liści przed drzwiami. Jest mi słonecznie. Patrzę przed siebie. Młody sukkub obgryza jarzębinę na plebanii. To jesień, każdego coś opuszcza. Wstaję. Czarny płaszcz leży na jezdni jak rozjechana wrona. Odchodzę w stronę rynku. Żegna mnie jego żałosne skrzeczenie. Na rogu czeka żebrząca Cyganka. Sięgam do zawsze pełnej kieszeni Na Dobre Uczynki, wyjmuję złotą monetę z moim profilem. Cyganka bierze ją, patrzy, i spluwa. To prawda, nie jestem piękny. Niewdzięczność jednak. Tracę nastrój. Szkoda. Kradnę bukiecik astrów. Może ktoś zechce, może uda się jeszcze uratować mój piękny spacer na cmentarz u Józefa. Pytam piękne kobiety i uroczych chłopców. Pytam nawet koty mimo przykrych doświadczeń. Mówią, że astrów się nie nosi tej jesieni. Kompromitacja. Co za fatalny dzień! Chowam się w pierwszej bramie. Wyciągam zza pasa ciężki pistolet. Chwila wahania. Strzelam sobie w łeb. Parę osób ogląda się. Ktoś ukradkiem podnosi srebrną kulę. Może jutro będzie lepiej.
Pada deszcz. C. wygląda przez okno.
- Pada deszcz - mówi.
Siedzę na kanapie w jego pokoju, wkładając pewien wysiłek w utrzymanie swojej obecności, skoro już zdecydowałem się przyjść. C. pokazuje mi swoje opowiadanie. Mówimy nieco, starając się przeniknąć wzajemne intencje. Deszcz mija. C. wygląda znów; patrzy w niebo.
- Ciekawe, czy będą mieli śrubkę?
Urocze krzesło, które posiadał C., tak obraźliwie zdeformowane, kapryśne i przerasowione, że musiało być dziełem wieloletniego doboru, podobnie jak pekińczyki i chihuahua, zostało niedawno zastąpione przez pospolity fotel. C. wskazuje na fotel. W fotelu są śrubki. Jedna z nich wypadła. C. nie potrafi jej wkręcić. Jest zepsuta. Wykłada mi te fakty w jasnej kolejności. Żałuję, bardzo żałuję żywych i szalonych hipotez, które blakną jedna po drugiej. Śrubka pozbawiona kontekstu przedstawiała się tak wdzięcznym przedmiotem spekulacji.
C. upewnia się, że wciąż nie pada. Decyduje iść po śrubkę. Dotrzymuję mu towarzystwa. Wychodzę pierwszy.
- Ale oni mogą chcieć pieniędzy za tę śrubkę... - C. staje w drzwiach. - O, gnoje! -Znika w głębi domu.
Czekam na schodach. Nie tylko z jego winy, w towarzystwie C. czuję się jak badacz egzotycznych obyczajów. Po latach znajomości spodziewam się, że tak zostanie na zawsze.
Moje przedmioty pozostawiają mnie - myślę, siedząc nad parą zdartych trzewików. - Najpierw zaczęły wykruszać się filiżanki - myślę - te z saskiej porcelany, jeszcze z posagu babki, pasujące do moich zbyt dużych dłoni... I ostatni spodeczek, z obtłuczonymi krawędziami, o które kaleczyłem nieraz palce, kiedy krew mieszała się z piekącym sokiem cytryny, zastanawiając się, czy to właśnie czują ostrygi.
Myślę: Jak niewiele pozostało we mnie z dawnych czasów. Myślę: Czy to dlatego nie dostrzegają mnie przyjaciele?
Run new divisions...
Jeśli wystarczy zapisać w oczach jeden błysk światła, otworzyć korytarz w ciemności i wejść w niego, nie rozstrzygając zawczasu, co ma oczekiwać u końca, porzucić uporządkowaną przestrzeń, którą tworzy racjonalna myśl wewnątrz ciemnego lasu, wypełnić usta powietrzem, skupić myśli, póki nie zatracą kształtu, i milczeć całkowicie, pozostać tylko lotną konstrukcją biegu -
jeśli to dosyć, by przekonać ją do podjęcia pogoni - ciężkimi uderzeniami stóp burzyć warstwy namokłych szczątków, podnosząc odór rozkładu, zostawiając za sobą ten niemylny trop, w pochyleniu, w ciągłym wysiłku utrzymania równowagi wystawiać twarz na uderzenia niewidocznych gałęzi, smakować je, coraz mniej rzeczywiste, przemieniać - trwać w tej niemożliwej, nie do zniesienia niepewności, czy to dosyć...!
wyjść na drogę pod rzeką chmur, znaleźć ją w pamięci, więc powrócić na obszar porządku rzeczy, ujrzeć, jak jasno prowadzą dalej: odzyskać ten rodzaj spokoju i w zaskakującym, śmiesznym, ale żywym jak głód kaprysie, zapragnąć nieba obracających się gwiazd, ich przejrzystego powietrza,
przebiec po spalonym moście patrząc w zmąconą wodę pod stopami, przypominając sobie skrót na polanę - zeskoczyć z drogi, zsuwać się w dół nasypu wyciągając ręce, zderzając z pniami drzew, śmiać się, upaść, potoczyć nad brzeg, zerwać, śmiejąc nieustannie, bo wchłonięte powietrze domaga się ujścia dla siebie podobnie jak noc,
zatańczyć pod arkadami błyskawic, ślepnąc na przemian od blasku i ciemności, z krwią i strumykami deszczu w łukach oczu, dławiąc się oddechem... pod maską ran i błota odgrywać wszystkie role właściwe tej scenie, nie myśleć więcej o udawaniu prawdziwej twarzy, pozostawić w zawieszeniu, oczekujące ponownej zgody lub odmowy: ciężar kilku miłości, przyjaźni, przedmiotów - poza sobą, uwolnić się, nikomu nie pozwalać, nie hamować swoich nawyków, odrazy, dyscypliny, przerażenia - i śmiać się ciągle, i znów upaść,
upaść, patrzeć w przestrzeń, która usuwa się coraz dalej, w rozpraszające się zasłony chmur, w pozostały w oczach ślad po łunie, w zamarzające, oślepiające księżycowe niebo - nasycić się nocą przy martwym ciele wilczycy.
Tak mile zapowiadające się spotkanie przyjaciół i co zrobić, klapa! - przez ten gorący wiatr południowo-zachodni, którego uderzenie rozprasza nas, ściganych dymem i popiołem pospiesznie wygaszonego ogniska.
Umykamy z polany w chaos ruchomych gałęzi. Nawołujemy, rozbawieni, zbierających jeszcze drobiazgi z trawy i tych, którzy nakładają wyrywające się kurtki, ukryci za pniami drzew, albo klną porwane przedmioty, póki nie zaczną dusić się wiatrem i oszczędzać oddech. Biegniemy do drogi.
Huk oddziela; odnajdują się ci, którzy potrafią nie mówiąc zaufać. Ktoś zatrzymuje nas. Krzyk męczy szybko, plany nie zostają ustalone. Niechętna irytacja i w końcu, nie ma powodu ich gonić. Wystarcza, że jedno z nas odwraca się od wiatru, żeby oczyścić oczy, a pozostajemy sami (być może usprawiedliwiała się nieprawdopodobieństwem takiego biegu zdarzeń). A potem cisza i ponad drzewami, niebo, zawieszone jak ołowiane lustro wody, gotowe rozprysnąć się.
Gubimy się radośnie wśród ścieżek prowadzących na skróty przez nieznany jej obszar lasu - i tak dość daleko od domu, by nie wierzyć w możliwość powrotu, zanim zapadnie zmrok - by poddać się raz jeszcze deformacjom razem przetrwanej nocy. Zamieniamy kilka ciepłych słów... zresztą liczy się ta specjalna barwa głosu, bo w końcu musimy rozumieć się, widzisz, uwierzyć w nasze niewiarygodne historie tam, kiedy nadejdzie ciemność... Bardzo szybko nadchodzi, zawsze niezauważenie.
Błądząc w sieci drobnych kropel, ze strużkami wody ściekającymi po włosach za sztywny od wilgoci kołnierz koszuli, wśród dotyku mokrych liści na czole, pozwalając, by twarz wyraziła się swobodnie, skoro nie ma nikogo, kto mógłby czytać i wyciągać wnioski, wobec nadejścia przedwczesnego mroku - chociaż i tak nie wracalibyśmy przed nocą, nawet gdyby zachowane zostały wszystkie nasze plany i zamiary (nie chcę stwarzać wrażenia, że cokolwiek podlega jeszcze przypadkowi) - błąkając się, lecz z pełnym zdecydowaniem, długimi krokami, aż czuję w głowie oszołomienie od wysiłku, mrowiącą pustkę pod wypukłymi kośćmi z boków czaszki,
i znów pijany od nadmiaru powietrza, które wdycham, i nocy, napiętej uwagi, starania, by odczytać intencje w dotyku jej ręki, która jest dla myśli, pozbawionej oparcia, jedynym nieruchomym punktem w porywach wiatru i wody - kiedy ranią twarz gałęzie nie odnalezione przez wahanie drugiej dłoni, kiedy stopy zanurzają się w ciepłe strumienie, w rozlewiska błota i ślizgają po korzeniach, kiedy myli się rachunek zakrętów i rozwiązują znajome połączenia ścieżek, i nie można zaufać biegowi ziemi ani powietrza, a jedynie chwiejności własnych pojęć o rzeczy, gdy wszystko wokół staje się dozwolone, i możliwe, i niepewne, coraz bardziej -
aż do chwili zejścia błotnistym stokiem w ciszę, w dolinę rzeki, w to, co sprawia wrażenie ciszy, dopóki nie uda się uchwycić raz po raz zanikającej wskazówki kierunku, który mógłby być właściwy - bo nie jest to nawet ważne, gdzie chcieliśmy się znaleźć przedtem, i jak wszystkie inne rzeczy, wymaga ponownego zdefiniowania - więc idąc dalej za szumem wody, bo marsz ma własną mechanikę i zatrzymanie go byłoby równoznaczne ze strzaskaniem całej konstrukcji, która podtrzymuje mnie wobec mroku, wilgoci, jej obecności,
gdy zdaję sobie sprawę z absurdu tego pośpiechu, ciągnięcia jej za rękę w nieznanym kierunku, skoro rozwiązanie musi znaleźć się tutaj, zanim jeszcze zmęczenie nie zabije ostrożności albo gorzki smak potu, i deszczu, i wódki, wypitej przy ognisku, zbierający się na wargach, nie skłoni mnie do zlekceważenia gry w przypływie zniechęcenia i wątpliwości, które przyjdą po tej ekstazie działania bez żadnej myśli niepotrzebnej, wyłączonej z wysiłku przeczucia i zdecydowania następnego kroku,
zanim uznam konieczność natychmiastowego rozstrzygnięcia, czy bieg wydarzeń nie jest jednym z moich planów, które stworzyłem, porzuciłem, zapomniałem... których nigdy nie zapominam i nie przestaję odtwarzać, nieświadomy tego - czy nie znajduję innej rozkoszy w tej nocy poza pożeraniem jej, zapamiętywaniem i przekształcaniem, rozglądając się wokół w oczekiwaniu na jasność błyskawicy, aby zapamiętać drogę dla biegu, błyskawicy, która ją oślepi, zanim jej mokra dłoń wyśliźnie się z mojej...
SI AMBULEM IN MEDIO UMBRE MORTIS
NON TIMEBO MALA QUONIAM TU MECUM ES
dla P.K.
Dzień był gorący, światło wisiało jak kurz w powietrzu. Spotkaliśmy się na przystani.
L. był o umówionym czasie. Przyszedł od strony lasu. Próbowałem wcześniej otworzyć bramę, ale nie mogłem sobie poradzić z kłódką. Spodziewałem się go raczej autem. Formalne powitanie jak zwykle, mimo że od dawna okoliczności nie pozwalały nam widywać się. Utknęli w piachu, szofer poszedł po pomoc - L. wyjaśniał starannie; zachrypł od przekleństw. Zaprowadziłem go do środka. Wszedł w ciasny, drewniany korytarz. Mówił, uspokajając się powoli. Ściany tłumiły jego głos... Zresztą nie zrozumiałem niczego: splątane, etykietalne zwroty. Zatrzymałem się (myślę, że czuł przykrość z powodu swojego wzburzenia)... Po co? Przysiadł na łodzi. Było ciemno. Potrzebowałem powietrza. Pchnąłem skrzydło wrót. L. zdjął buty i wysypywał z nich piasek.
Zostałem tej nocy na przystani. L. w ostatniej chwili dzwonił: polecił oczekiwać przesyłki. Miałem akurat czas znaleźć narzędzia. Potem wygasiłem lampy. Leżałem na molo, odrętwiały od chłodu, z butelką koniaku pod ręką; nasłuchiwałem każdego hałasu - gotów, irracjonalnie gotów na wszystko: wołania ptaków, pluski ryb... Patrzyłem w niebo. Kuter przypłynął nad ranem. Byłem zmęczony, pijany, niewiele mnie już obchodziło. Zapytali o hasło; zapytali znowu. Wyglądali nie gorzej niż mogłem się spodziewać. Pokazałem pieniądze i rewolwer. Wyładowali skrzynię; zapłaciłem im. Zniknęli we mgle.
Na zewnątrz ostre światło migotało na falach. Przymknąłem powieki, aż pozostały tylko dwie linie blasku. L. wstał i wyszedł za mną; nie nałożył butów. Dotknąłem skrzyni kostkami palców (przez brak snu wyczulony na wszystkie doznania, przyjmując je ze wstrętem, tym pewniej odczytywałem jego kroki na deskach pomostu). Przystanął z tyłu. Położył mi rękę na ramieniu.
Przecież byliśmy przyjaciółmi... Bałem się każdej chwili w jego obecności - że odnajdę zmiany: dowody utraty wysiłku i uczucia, jakie przeznaczyłem, aby szukać porozumienia w mimowolnie powstałej przyjaźni. Stałem się dla niego czym innym niż byłem dla siebie i dla kogokolwiek; zmusił mnie do próbowania odmiennego życia. To jasne, że myślałem z niechęcią o konieczności oddania mu tego ponownie. Byłem zmęczony. Nie widziałbym go najchętniej.
Stąd plan: (jak wysłowić to, co zostało obmyślone, kiedy wszystkie poczynania wydawały się tracić na wyrazistości w tym rozedrganym powietrzu, a niespokojny sen nad ranem pozostawiał w oczach osad sposobu postrzegania właściwego sobie - co musiało być omal nieuchwytne: na tyle, aby w razie niepowodzenia, niczego sprzecznego z porządkiem nie dało się udowodnić) naprawdę wierzyłem, że tak zdołam zmusić się do akceptowania zmienności nawet samą mocą przyzwyczajenia, że wystarczy wprowadzić zalążek niepewności tego, co czeka za rogiem, aby zakłócić rutynę wydarzeń, przyspieszyć bieg krwi i krok przechodnia na widok wygiętego cienia balustrady, wydobyć skrajne rysy z tej twarzy, sprawić, by każde działanie rozważał od nowa i nie pozwolił mi znów osunąć się w jałowe katalogowanie wydarzeń południa, że realne jest nadać żelazną moc kreacji najsubtelniejszym sugestiom, bo chciałem zabawić się tym w końcu i może chodziło wyłącznie o ukrócenie nudy (lecz jakie zamiary stały za ich udziałem?).
P.K. przyszedł drogą wzdłuż brzegu. Sprawy zatrzymały go w urzędzie, nie zdążył nawet zdjąć munduru. Zawołał z daleka, podbiegł. Był mocno podniecony tą sprawą (jego noc musiała być trudniejsza - równie niespokojnym przejściem między ścianami pozorów; mając w dyspozycji jedynie fałszywy ton pytań, kontury map, mylne tropy kilwaterów, odbierał przecież meldunki kutrów straży). Odwróciłem się. Podałem mu rękę. Zdjął czapkę; nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić. Obserwowałem, jak wita się z L.
Nie było powodu, ale zwlekaliśmy jeszcze z otwarciem skrzyni. Nadzieje włożone w ten plan domagały się pewnej celebracji.
Wreszcie działanie, czyste i pewne: żelazny klin wciśnięty pod deskę, uderzenia drewnianego młotka - powtórzone w każdym rogu skrzyni, pokrywa zsunięta na bok. Tygrys był dokładnie taki, jakiego zamawiał L.
Specyfikacja przesyłki krążyła razem z butelką, odczytywana na głos i z entuzjazmem, i chociaż szybko wyczerpaliśmy tę resztkę koniaku, nawet to nie mogło zmącić naszej radości.
Podróż koleją do tego miasta: skupiska domów, przecięte pasmami lasu, nieruchome stawy oparte o nasyp, kożuch opadłych liści i rzęsy wodnej, wdzierający się przez okna do opuszczonych budynków - to, co widzę: że i z tych ziem trzeba będzie wkrótce zrezygnować - a nade wszystko woda, podnosząca się, występująca spod pewnej niedawno powierzchni - pogrążą się w zapomnieniu.
Odwróciłem głowę; niemal cały czas podróży wyglądam na zewnątrz. Widziałem innych z miejsca przy końcu wagonu: kilku dawnych znajomych, przy jednym ze stolików. Stoją wokół tych, co zaczęli rozmowę. Pośród nich, Ona - w napadzie wesołości odgrywa swoje fantazje i kaprysy, tolerowana siłą przyzwyczajenia (nie Ona jedna usiłowała to robić, zresztą). Patrzę z uśmiechem i wyćwiczoną cierpliwością. I tylko siostra L., którą po raz pierwszy widziałem z nami, nie umie znieść tego, a skoro widocznie, wszelkie uwagi zwrócone do Niej musiały okazać się bezcelowe i ma prawo wierzyć, że jestem odpowiedzialny, choć nie potrafiła odgadnąć jak - zbliża się z wyrazem twarzy, który świadczy o zamiarach i wzbudził mój niepokój (znałem jej niepohamowanie). L. zatrzymuje ją, o tyle wyższy. Nachylił się, tłumacząc z braterskim uśmiechem, który nie oznacza wcale obietnicy wybaczenia. Dziękuję mu w myślach, kiedy zaledwie jadowicie powiedziała, co i tak jest oczywiste. Z poczucia winy zapragnąłem wprowadzić ją w subtelności moich relacji, lecz zarzuca mi również nieznośne zachowanie M. Znam go bliżej, ale to żaden pretekst, na litość! Jednak odeszła, nim mam czas odpowiedzieć.
Jakimś sposobem znów znalazłem się w ich towarzystwie, a mija kilka lat, odkąd pozwoliłem na to po raz ostatni, i jest dla mnie tym bardziej męczące: ich irracjonalne kłótnie, te drobiazgi, którymi drażnią się wzajemnie podczas zagłady kolejnych miast, zanim rozeszli się, by zabrać ze sobą cokolwiek: dowolny dziwaczny przedmiot, któremu sam fakt ocalenia nada wartość.
Odrywali się wpierw pojedynczo, kiedy szukaliśmy placu w kształcie rozciągniętej skóry zwierzęcia o trzech nogach, gdzie planujemy rozstać się ostatecznie. Nikt nie zna tego miasta. My dwoje, bez porozumienia, weszliśmy w jedną z ulic, ponieważ nie obiecuje niczego, i pozostali ominęli ją wcześniej. Biegnie stromo pod górę, obszernym łukiem, po bruku nierównym i wilgotnym - uważnie patrzyłem pod nogi - z płatami śniegu - nie widziałem nic więcej właściwie - z ciemnych, okrągłych kamieni, coraz węższa z nadejściem mroku - bez światła w domach.
I dopiero kiedy podniosłem głowę - przez chwilę szliśmy tędy znów kilka albo kilkanaście lat wcześniej (ale nie według czasu snów, który jest zawsze szybszy) - wokoło sklepy, otwarte drzwi, rozmowy i gesty: cienie w świetle padającym na zewnątrz - ta sama ulica, ale unosi się już ponad miasto, wisi w czarnej pustce, z zielonkawym poblaskiem latarni zachowanym w szczelinach pomiędzy kamieniami jak osad fosforyzującej cieczy - wyżej, i ginie w ogromnej cytadeli, brunatnym pudle murów bez okien, spływających poświatą miasta, słup światła nad dziedzińcem... Potem wspomnienie przestaje rosnąć i zatraca się.
I pytam siebie albo zarzucam sobie, że wróciłem, choć nie spodziewam się, aby mój sen pozostawił ślady na rzeczywistej ziemi - i dlaczego w to wierzę, czego tu szukam, skoro nawet znany świat zdradza, nie można ufać więcej jego postaci - skoro przejścia znikają, zarastają ceglanym murem, zawartość szuflad nie prowadzi do zagubionych dawno rzeczy, schody urywają się poniżej pięter, które zwykłem odwiedzać...
Cytadela jest otwarta, wiatr wieje w wewnętrzne okna. Rozbita brama, dziedziniec. Wokół mur tak wysoki, że można czuć się jak w zamknięciu jednej z tych podziemnych sal metra: rdzawych ścian, ginących w mroku, i systemu schodów i szyn na posadzce. Kamienne platformy, labirynt przedmiotów... Czy usiłowano coś uratować? Kilimy, przegryzione kurzem, mapy w grząskich stosach, puste ramy szaf, lustra w drzwiach podwajają przejścia, rozsypane monety, wślizguje się w korytarz pod biurkiem, maszyna do szycia, żeliwne koło zamachowe, obrót uruchamia pedały, zawraca, okna między frędzlami dywanów, zamknięte uliczki, skręca w monstrualne kredensy, w czarne chodniki, po kątach zastarzały szron porcelanowych skorup, krople wilgoci na ścianach, chrzęst stóp w płatach rdzy, piach, żużel, żelazne piece, przewrócona biblioteka, na półkach księgi ewidencyjne w twardych oprawach, przezroczyste karty, płyty nagrobne z ciemnego szkła, nieczytelny gotyk, wspina się na wierzch stołu, krzesła sczepione nogami, kruche drewno - wygładzone przez fale, morska trawa z rozprutych poduszek, otwarte skrzynie amunicyjne... Brak wiążącego porządku. Były martwe, zanim je porzucono.
Powrócił do zapamiętanego widoku; nie potrafił umieścić go w swojej przeszłości. Zastanawiał się, czy i on nie uległ w ciągu minionych lat zmianom podobnie niszczycielskim jak miasto. Szukał w narastającym niepokoju sposobu porównania, dowodu własnej stałości w nieustannej rekonstrukcji świata. Odnajdywał zdjęcia na dnie szuflad, pod stosami listów i rachunków opuszczonych mieszkań. Wzruszenie na widok dziecięcych rysów ustępowało podejrzeniom, brakowi podobieństwa. Nie mógłby dowieść również istnienia przedstawionych miejsc. Wśród starych notatek obserwował zmiany charakteru pisma; niektóre rozpoznawał z pewnością jako sny. A i w zmyślenia, które opowiadała Ona dla własnych celów, nie wolno przecież wierzyć.
Zaakceptował w końcu obszary śmierci i fałszerstwa zamiast rozpoznania miejsc i twarzy. W rzeczywistości kształty przedmiotów na dziedzińcu były groteskowe i do niczego nie podobne - to, o czym mówię, to tylko poszukiwanie dostępnej analogii.
Powraca obsesja, wypełniająca moje sny przetrząsaniem szaf i bibliotek, stosów map, cierpliwym wysłuchiwaniem tych samych rozmów zmarłych w wagonikach kolejki mijającej nieskończone lasy - lecz nie chcę zostawiać Jej: uciekam od refleksji ku obserwacji. Światło pochodzi z wielkich latarni, zawieszonych w dole murów, i niektórych okien, i widzenie przedmiotów w gęstwie rozciągniętych cieni jest bliższe przypominaniu sobie. Nie ma gwiazd.
Prowadzi mnie, idzie przede mną. Nie szuka najkrótszej ani najłatwiejszej drogi pomiędzy przedmiotami. Pozwala dostrzec rozpacz, kiedy wspina się na nie, przeskakuje pomiędzy nimi - która zmuszała Ją przedtem do niespokojnego zachowania, zagarnięcia pozostałego czasu - lecz idzie coraz pewniej, jakby dokonane przejścia dyktowały Jej dalszy porządek, i dopiero kiedy krzyczy, myślę, że może gonić coś, czego nie widzę. Budzę się z bólem.
Come, follow the noblest game...
Przyjedzie do ciebie on albo ona - to obojętne, ale załóżmy, że właśnie ona: natura związków, które powstaną między wami, odejdzie daleko od tego, w co można jeszcze wierzyć, a przecież czyny domagają się usprawiedliwień.
Pretekst tej wizyty - czy też to, co później uznacie za pretekst - również nie ma znaczenia. Przyjedzie niespodziewanie, z daleka, i będzie potrzebowała noclegu. Nie pragniesz nikogo pod swoim dachem - nie po to się odsunąłeś - ale nie odmawiasz. Czas przeszły nauczył cię szacunku dla wydarzeń.
Zrozum mnie dobrze: wszystko to musi zdarzyć się przypadkiem - ale okoliczności niezbędne dla zyskania czystego wyrazu są ścisłe, i nieprawdopodobne, aby się tak zdarzyły.
Potrafiłbyś znieść coś niedoskonałego, nie skrajnego?
Tego wieczoru, nad szachownicą, zgodzicie się co do reguł gry: te podyktuje zwycięzca, obecność lub nieobecność wiatru i deszczu, muzyka - cokolwiek znaczącego wydarzy się w tym czasie; jednak życząc sobie wzajem dobrej nocy będziecie się starali ukryć twarz w cieniu.
Znacie się od dawna - dość dobrze, by oszczędzić sobie tych uśmiechów.
Zostawisz jej trochę czasu: jest gościem w twoim domu, ty cenisz dobre maniery; poza tym czujesz się pewnie.
Będziesz wyliczał leżąc w ciemności: że w swoim własnym domu powinieneś znać ruch powietrza, owe strugi przeciągów, podmuchy nieszczelnych okien, kałuże chłodu, w których brodzisz bosymi stopami, że potrafisz przejść wyrzekając się użycia zmysłów, które nie służą tobie, że powietrze ją wyda - najlżejsze zakłócenie - tobie właśnie, bo nocą nienawidzisz tego, co oddziela od odczuwania, od twojego głodu: chodzisz niemal nagi... I jeszcze jedno jest po twojej stronie w ciemności: masz doskonały słuch, nie drapieżnika, lecz estety - ty, który od zawsze zanurzony w muzyce, przywykłeś poruszać się z szacunkiem dla starych mistrzów, tak by nie słyszeć samego siebie, który nie słyszałeś nigdy własnego oddechu, nie bałeś się nawet siedzieć plecami do drzwi.
Wykorzystasz to, każdą przewagę i okazję. Jednak obawiasz się zdrady. Skupiłeś wtedy całą czujność... To prawda, mogłeś coś przeoczyć; ona tak lubi wprowadzać zmiany. Nawet krzesło stojące poza swoim miejscem może się stać zaczątkiem katastrofy. Najmniejsze potknięcie oznacza utratę pewności siebie, kiedy odtwarzasz na zimnej posadzce rysunek figur menueta (tego powściąganego, powolnego tańca do szybkiej muzyki), bo nie zniósłbyś braku rytuału; domagasz się ornamentów, stosownej oprawy dla chwil przed zaspokojeniem, dla nienasyconego apetytu. Tylko twoja wyobraźnia zachowuje dyscyplinę: umieszcza cię pośród mebli i ścian przechodzących pokoi; prędzej czy później wypływają z pamięci, jakimi chciałbyś je widzieć: narzucasz im wizję porządku i stylu, a one wyznaczają w niej miejsce dla ciebie. Zawsze rozumiałeś przedmioty, kochałeś przedmioty i używałeś ich dobrze.
Zdajesz sobie sprawę ze śmieszności swoich poruszeń, ale to podnosi jeszcze ich ceremonialny walor. Myślisz teraz o cytatach z dawnych sag i eposów: szyderczych komentarzach albo wskazówkach - i tych w obcych ci językach, które zapamiętujesz, by smakować ich brzmienie - cisną się na usta, mają rytm i powinny zostać wypowiedziane. Pragnąłbyś może przy tym całego teatru wojny: trąb, tarcz i sztandarów... Jesteś przecież częścią wielkiej tradycji! I czujesz w głębi ciała rosnącą chęć, by krzyczeć, by wydać z siebie ten przeciągły, falsetowy wrzask z krtani ściśniętej przeczuciem walki i zdobyczy, modulowany ozdobnikami według starych mistrzów - który zastępuje ci śmiech.
Otwierasz oczy w ciszy, która zapada, kiedy nagły niepokój zmusza cię do przerwania toku myśli; wsłuchujesz się, badasz, czy nie zdążyła już wyjść ze swego pokoju - głosy tego domu.
Nie może ci się nie udać, wszystkie atuty są po twojej stronie - powtarzasz.
Skoro zrządzeniem Fortuny powiodło się podłożyć ogień pod fortyfikacje i Nagły szturm otworzył drogę
w porannym słońcu, pręgowani cieniami jak tygrysy, jakby dzikość tej ziemi była zarazą...
postępując za oddziałami, ujrzano na dziedzińcu Strzygę, żywiącą się trupem Królowej tamtych ziem i jej matki.
nieznośny obraz ciała, które poddane widocznym Zniszczeniom starości, rozprute i dymiące - oto ujawniło tyle życia w sobie.
Wzbudziła tym takie Zdumienie wśród Panów, że schwytano ją miast zabić, jak zwykle się czyni, Narażając wielu żołnierzy na groźne rany - lecz z całym Respektem dla jej wysokiej pozycji.
Pytana zrazu przez Niecierpliwych, wyjawiła, iż Królowa, niezdolna była rządzić dłużej wobec Najazdu naszych wojsk,
Z uwięzioną rozmawiał Pan książę, w Obecności pisarzy, jednak nie zdołał doprowadzić jej do Zrozumienia naszych reguł sukcesji,
słowa, by powtórzyć w liście, czego jedynie domyśliłem się po tym, jak nie umiała Dostrzegać łańcuchów ani Godzić się z nimi, a nieustannie przypominały jej o Pohamowaniu gwałtowności wobec dostojnych Osób - powtarzam,
i choć dalsze przesłuchania, jakie zlecono oficerom, w wojskowych sprawach, ujawniły brak Różnic w konstrukcji ciała, odszedł Przekonany, iż Strzyga nie przynależy do Naszej rasy.
powstrzymywana żelazami, bezsilna, niezdolna dotknąć tak Rzeczywistej natury Uznanych praw i ceremonii.
pozostawić za sobą tego wejścia w gorąco ognia, w swąd płonącej zieleni - ani ciężkiej wilgoci, żołnierzy w pleśniejących barwach - lecz wrażenie obcości wobec rzeczy zwykłych tutaj nie trwa dłużej jak kilka dni i pomimo pragnienia, by zachować wiarę w to, co zrozumiałem,
Rzeczywistość jest państwem kłamstwa i przerażenia przez kilka chwil po powrocie zaledwie.
W gruncie rzeczy nie ma nic do powiedzenia: nic nie daje się wyjaśnić. Dwoje dzieci: chłopiec, trochę mniejsza dziewczynka - sądzę, że musiało być i trzecie, ale nie pojawiło się na scenie przed moim odejściem - wybiegły z bocznej ulicy, niemal wprost mi pod nogi. Małe dzieci, rozwrzeszczane - jakie staram się omijać z daleka. Cenię ciszę.
Zapewne odebrały tę zabawkę trzeciemu dziecku. Może nie mam racji. Tak mi się wtedy wydawało, bo chłopiec rzucił ją za siebie nie patrząc, jakby dla zniechęcenia pogoni.
Zagrzechotała głucho na bruku. Nie zwróciłbym uwagi, nie życzę sobie mieć do czynienia z ponurymi sprawami dzieci - to odgłos nie należał do niczego, co zwykle myśli się o zabawkach. Przywykłem nasłuchiwać; mam wyczulone ucho. Dzięki temu nie muszę patrzeć na rzeczy, żeby wiedzieć o nich.
Spojrzałem tam w bok. Zabawka jeszcze ślizgała się po bruku. To był piesek. Blaszany, na ile mogę ocenić, pokryty emalią i pomalowany nieudolnie, naiwnie jak figurki świętych; miał uróżowione policzki. To była pełna zbroja dla psa. Widziałem zawiasy i folgi.
Potem zabawka zatrzymała się - dołem w moją stronę. Pod spodem przyłbicy - to przypominało stare zbroje koni: przyłbica była otwarta od spodu - w środku leżał pluszowy piesek, z kręconymi kudłami, nieco wytarty.
Zbyt krótko, żebym zdążył się zatrzymać. Zwykle chodzę, jakbym miał jakieś naprawdę ważne sprawy: bardzo szybko, automatycznie.
Obudziłem się ze snu późnego popołudnia z piekącymi oczami, bólem pośrodku czoła. Świerszcze odezwały się pod wieczór. Sen w tym hałasie był jak lot głową w dół w bezmierny staw księżycowego światła. Raz po raz niemal wynosiły mnie na powierzchnię jawy.
Siadłem, zdrętwiały, na podeście nie używanych schodów, przetarłem nieco oczy. Przypomniałem sobie zmęczenie marszem przez wiele godzin przedtem i że mówiłem do siebie o czymś ważnym w drodze, żeby nie zasnąć. Kręciło mi się w głowie i straciłem widzenie na chwilę, wstając. Musiała to już być pora, na którą umówiliśmy się.
Noc robiła się chłodna.
Poszedłem wpierw uważnie, nim upewniłem się, że nie zawiodą mnie kolana na jakiejś nierówności chodnika. Potrzebowałem obejść cały gmach do frontowego wejścia do filharmonii i przyspieszyłem kroku - od tego nigdy nie potrafię się powstrzymać dla jakiejś niepotrzebnej, nerwowej chęci oddawania się rzeczom do końca.
Na stromych schodach zatrzymałem się w połowie, ale byłem za słaby, żeby stać tam: za zimno na biegi, pustka w głowie, wirowanie - i przysiadłem niewygodnie na krawędzi balustrady. Wypatrywałem w tłumie. Światło z wewnątrz ledwie sięgało w dół schodów. Zależało mi, by widzieć twarze, więc skupiałem wzrok i co raz, z nadmiernego wysilenia oczu, kształty rozpływały się w konturach, pozostawała sama atmosfera z obrazu, i nie wiem w końcu, czy nie widziałem tam więcej niż było. Przyszło stąd wstrętne wspomnienie czasów szkolnych, kiedy mnie tu prowadzano pod przymusem - i to, co cierpiałem jeszcze w szkole, co nie raziło tak, stępione przez ohydę otoczenia, tu ujawniało się jeszcze bardziej straszne. Narósł we mnie wstręt do powrotu do tego i chciałem już odejść... Ktoś pozdrowił mnie niespodzianie. Odłączył się z tłumu, podszedł i pochylił się lekko, tak że cień leżał na nim od przodu, nieco ukośnie - podkreślał policzek i oko lśniło (wcale nie rozpoznałem twarzy zresztą). Zachowywał się jak bliski znajomy.
- Nie widzieliśmy się dawno. Musimy się umówić.
(Jak pamięć mogła mnie tak zdradzić?)
- Tak; przyjdę koniecznie.
Spieszył się. Poszedł na górę. Czekali tam na niego, weszli w drzwi jasno oświetlone.
Schodziłem powoli, z poczuciem swobody. Twarze, mijające mnie szybko wokół, były pociągająco żywe, tak chwytane w przejściowym wyrazie: ułożone już do wyglądu stosownego na sali, ale jeszcze w pośpiechu bądź niepokoju, bo nikt nie zważał na to na schodach... Ja nie patrzałem wcale na nie; szedłem wbrew ogólnemu prądowi, zważałem tylko, by nie wpaść na kogo - dla czegoś sprawiłoby mi to teraz straszną przykrość.
- Co robisz? - zapytała.
- Nie wiem, idę stąd - powiedziałem odruchowo, rozpoznając ją, nie pomyślawszy wcale, że mogę ją urazić (naprawdę nie wiedziałem).
- Hm, więc chodźmy - odpowiedziała na to od razu.
Wzięła mnie za rękę i wyprowadziła poza podjazd. Ucieszyłem się po czasie tak bardzo, że znów ją widzę... Nie przystanąłem na chodniku i pociągnąłem ją za sobą, skoro wciąż nie puszczała mojej dłoni. Poszliśmy w stronę miasta.
- Nie zmieniłeś się wcale. Nadal nie wiadomo, co ci wpadnie do głowy.
Uśmiechnąłem się zakłopotany, nie do końca rozumiejąc. Rozejrzałem się wokoło w poszukiwaniu, co powiedzieć. Nic nie znalazłem, pauza trwała zbyt długo:
- Nawet nie wiem, o co cię spytać teraz. Chyba tak wypada. Wolałbym popatrzeć na ciebie po prostu... Jest ciemno.
- Pójdźmy gdzieś może, słuchaj w...
- Nie, nie teraz. Jest Święto. Miałbym ochotę pobawić się w dawne czasy. Zresztą może potem, na pewno będziemy zmęczeni. Zmarźniemy. Ale teraz jest dobrze.
Milczała chwilę.
- Mierzi mnie już twoje upodobanie do przeszłości.
- (Nic innego nie ma.) Wracałabyś do mnie bez tego?
Zwolniliśmy nieco. Radość nas oboje podobnie skłaniała do szybszego kroku niż gniew. A nie gniewaliśmy się nawet. Tylko wady nasze trwały niezmienne i widzieliśmy je niechętnie jak lustro, spotykając się po latach. Przeszliśmy kawałek ulicą ponurą i ciemną. Czekałem, czując napięcie ustępujące z jej dłoni. Odezwała się:
- Chodź szybciej. Zimno mi. I zaraz będą fajerwerki.
- Ach, moja piękna... Wybacz, czym jestem. Chodźmy, bo się naprawdę spóźnimy!
Pobiegliśmy prawie. Tuż zaraz był wylot ulicy i plac, skąd byłoby widać ognie nad zamkiem. Uderzyły dzwony katedralne. Za plecami zaraz, okropnie głośne, bo bliskie, dołączyły dzwony Serca, zmuszając nas do ucieczki prawie - a potem inne kościoły miejskie i sygnaturka ratuszowa. Z daleka doszły nas dźwięki trąbek, sama barwa ich, ton trąbek grających w nocy... Stanęliśmy zdyszani, próbując szybko uspokoić oddech, by nie utracić nawet odrobiny z tego. I tak ledwie słyszeliśmy, ile wiatr przynosił z dźwięku zniekształconego już odbiciami od murów zamkowych. Był jedyny. Dołączyły rogi.
- Święto! - tupnąłem. - Chodźmy tam zatańczyć. Nie będzie wspominania.
- Zadziwiasz mnie.
- Wymyślimy coś nowego, coś do wspominania na jutro. Słuchaj, czeka mnie długa droga do domu. Chcę mieć głowę pełną wina i wrażeń, żeby mi się nie znudziła.
Czekałem jej odpowiedzi - nie słów - ale ona powiedziała ostrożnie:
- Nie rozumiem, jak mogłeś zostawić dom w mieście. Wydawało się, że nie rozumiesz niczego poza tym, poza... kamieniami. Nigdy nie chciałeś wyjechać, odwiedzić mnie...
- Opowiem ci jeszcze... ale nie teraz... jak już nie będę ostrożny (jeśli się zapomnę - albo nigdy). Obiecuję.
Schodziliśmy ze wzgórza. Patrzałem na ogrody willi na stoku jaśniejące od lampionów; w tle miałem zarys jej twarzy, bliski i wygładzony z ostrości lat, nie zmieniony nigdy, znajomy jak sen - uroczysty i świąteczny widok. Dzwony dopiero co ucichły. Hałas ich ogłusza, w co trudno uwierzyć, tak są pomniejszone przez perspektywę u szczytów wież. Wiatr dawał się we znaki na otwartym: lekki, lecz bardzo chłodny.
Powróciliśmy nareszcie pomiędzy domy. Miasto było dość puste, nie jak w poprzednich latach. Z czasem obchody Święta przenosiły się coraz bardziej w prywatną sferę - albo nie prywatną, ale radości nie manifestowano tak chętnie, nie wychodzono dzielić się nią na ulicach. Mogłem się jednak obawiać, że spotkam tu wielu znajomych, pozostających jak ja poza biegiem zmian. O, nic nie irytowałoby mnie teraz jak konieczność choćby przystanięcia dla paru słów, kiedy chciałem ją mieć dla siebie, nareszcie dla siebie! Skręciłem nagle i pociągnąłem ją...
- Co robisz!?
- Cicho. Przekradniemy się.
- Dlaczego?
- Zaufaj mi.
- Nie chcę!
- Boisz się?
- Cicho, bo nas zauważą.
Pochyliłem się znów, bardziej dla zabawy niż potrzeby.
- Nie opuściło cię zamiłowanie do małych gier, widzę.
Wybrałem dość absurdalną drogę póki co. Nie było powodu przekradać się podwórkami, tym bardziej, że teren pod murem miejskim nie nadawał się wcale do spacerów w ciemności. Słusznie była oburzona. Powoływałem się jednak na zdrowy rozsądek:
- Nie bij mnie teraz, bo się przewrócę.
- Jak wyjdziemy na światło, będzie mi wstyd.
- Na to liczę właśnie.
Hałas, którego z początku nie potrafiłem rozpoznać, odciągnął z wolna moją uwagę, aż zrozumiałem, że to gęsi odlatują. Niebo było czyste, z lśniącymi obłoczkami. Obracałem głowę za głosem - nic nie dało się dostrzec - chmury błysnęły nagle zielono, fosforycznie i jadowicie, a zanim zgasły całkiem, zapaliły się znów błękitnie i nieustająco jasne, pokryły cętkami złota i czerwieni - migotały, zmienne jak brzuchy egzotycznych ryb. Na zamku rozpoczęto suitę tańców.
Wahając się, czy ognie pokrzyżują nasze zamiary, czy raczej odwrócą uwagę powszechną od przyziemia, wyszliśmy na ulicę pod Katedrą, sami też zachwyceni. Katedra wywarła na mnie ponure wrażenie tym razem: jej ogromnie masywna wieża, stojąca sporo wyżej nad nami, tak ciemna, ze świecącym blado oknem u góry. Lubiłem dość wnętrze i znakomitą kapelę tamtejszą, ale czułem cień za sobą, póki nie weszliśmy w tłum. Oczekiwanie dzisiaj pobudziło moje nerwy i skłaniałem się ku różnym widziadłom. Z rynku, z daleka słychać było bębny; tańczył, kto zechciał przyjść. U wylotów ulic wystawiono proporce.
Wypiliśmy na koszt i za zdrowie burgrabi. Odtańczyliśmy dwa przystojne basse danses. Dudziarze dopiero próbowali instrumenty; czekali, kto pierwszy zapłaci za muzykę. Obeszliśmy kramy, żeby popatrzeć; kupiliśmy butelkę wina.
Pod kościołem ewangelickim, gdzie śpiewali psalmy zamiast pić dzisiaj, schowaliśmy się w cieniu dwóch wielkich drzew i obmyślaliśmy, jak ominąć szwajcara w zamkowej bramie. Plany nasze były tak głupie, że nawet nie podjęliśmy się ich próbować. Pani moja rzuciła butelkę na bruk ulicy i tak zeszliśmy do zamkowego ogrodu.
- Powiedz mi... Powiedz, proszę...
- Nie powinniśmy mówić o niczym znaczącym.
- Ale ja chcę! Chcę, żebyś mi powiedział... Nie wiem. Jeśli możesz...
- Cokolwiek; powiedz tylko, a powtórzę za tobą każde słowo. Do usług.
- Nie wiem. Niczego od ciebie nie chcę.
- Następnym razem zostanę w domu i poczytam. Jak zawsze. Błogosławiony porządek.
- Przestań!
- Jakże ciężko prosić o wybaczenie... Przypomniałem tylko! - opuściłem głowę. - Zapominam, jak dbacie o pozory i uczucia - że cenicie inne pozory i uczucia. Ach!
Rzuciłem się gwałtownie do biegu, ze stoku, w stronę rzeki, ciężko uderzając o ziemię stopami. Droga nad rzekę była bardzo krótka. Zatrzymałem się na skraju brzegu. Rozgniewany byłem na siebie, że pozwoliłem sobie na zbyt łatwe drwiny. Nieważne nawet, że miałem słuszność; niedopuszczalne było przyjęcie tego, co łatwe, bez rozważenia konsekwencji. Gdybym tam nie przerwał rozmowy, nie potrafiłbym poprowadzić jej dalej chłodno.
Czułem delikatny smak krwi w ustach; sączyła się niedostrzegalnie z dziąseł pod wpływem zimna i wysiłku. Przywykłem do tego. Ucieszyło mnie przywrócenie wolności działania.
- Sam tu przyszedłem. Dobrze, głupiec. Po prostu nie lubię, kiedy jesteś pijana i zaczynasz... Mniejsza, wiesz sama. Wiesz, że mnie nie potrzeba nawet, żebym pił, żeby popadać w melancholijne stany. Mam ich dosyć, choćbym wcale nie szukał. Chcę żyć chwilę bez pamięci i imienia. Chcę zmyślić coś uroczego - przekonywałem twarzą, tonem, gestem, rytmem mowy; z całą uwagą korzystałem z tego, co instynktowne: brakowało czasu na dobór słów, a rzecz była ważna. - Zgadzam się czekać na Obietnicę, ale nie mam nadziei - rozumiesz - zgadzam się czekać, ale nie udźwignę tego. Chcę mieć złudzenie, że żyję inaczej. - Wziąłem jej rękę. - Pamiętaj, że ty żyjesz nadal. Jest ci łatwiej uciec.
Przeszliśmy po moście. Nad głowami naszymi trwał zgiełk jak w ptaszarni. Hałasowało wszystko, co żyło w koronach rzadkich drzew parkowych, zbudzone fajerwerkami. Uspokoiłem się bardzo. W tym roku noce gwałtownie stały się ciche z końcem lata, za przyczyną chłodów. Drażniło to moją czujność i szukałem bezwiednie słyszalnych znaków aż do ułudy.
Wspięliśmy się na stromy stok po tej stronie rzeki, wchodząc pomiędzy korony drzew. Tam przystanęliśmy. Było wyjątkowo pięknie.
- Ogród leży u naszych stóp - zwróciłem się do niej. - Co uczynimy?
Tej rozmowie winien akompaniować krótki duet na oboje, w szybkim tempie, dla lepszego zaznaczenia napięcia, które tkwi w pauzach - jak bourrée z "Muzyki na wodzie".
- Masz chyba jakieś moje listy.
Spojrzałem nagle czujniej. Musiała mieć własne plany.
- Tak; dwa.
- Lubisz je, prawda?
- Bardzo.
- Zagrajmy o któryś.
Zawahałem się chwilę. Były to dla mnie drogie pamiątki.
- Który?
- Ten, który lubisz bardziej.
Wahałem się wciąż; nie przestałem się wahać, lecz gra wymagała wypowiadania kwestii we właściwym rytmie.
- Dobrze. W co?
Nie myślałem wcale, co postawi ona. Nie potrafiłbym wziąć od niej niczego. Nie wyobrażałem sobie, co może mieć dla niej wartość. Gdybym miał powiedzieć, co jest cenne dla mnie... pewnie wzruszyłbym ramionami: to, co posiadałem, do czego zdążyłem się przyzwyczaić.
Ona milczała. Zdałem sobie wreszcie sprawę z wyrafinowania tej gry.
- Przegrałem. (Za to cię podziwiam; ale nie pragnę stawać się tym... zwierzęciem, które czyha głodne, zachłannym przewidywaniem riposty - nie wobec ciebie.)
- Wiem, że przegrałeś.
Zeszliśmy pogodzeni do parku. (Jak mogliśmy rozstać się kiedykolwiek, znając tak dobrze?)
Spacerowaliśmy w ciszy, w świetle wszystkich okien - w ciszy, która rodzi się z uważnego nasłuchiwania wśród głosów zabawy. Księżyc wzeszedł nad dachy miasta, między chmury jak baranki. Powoli zmierzaliśmy do kaskady przy starym młynie. Z wysokości mostu rzeka była czarna i mętna, wezbrana od burz. Księżyc połyskiwał na niej. Kiedy schodząc na wysepkę za mostem, pomiędzy kaskadą a strugą przy młynie, chwyciłem zapach wody rzecznej, niesionej z głębokiego lasu: rozkładu, nieważkiego mułu z dna przybrzeżnych rozlewisk, kamieni i porostów, kory zwalonych drzew - który upija mocniej niż wino albo powietrze, który - myślę - mógłby uwieść na zawsze, przemienić... Czyżbym słyszał wtedy już flety? Przykląkłem na samym brzegu - nie wiem, jak zszedłem - nachyliłem się nad wodę i patrzałem w czerń, odbicie nieba, aż ustaliło się nieruchome w falującym świecie...
Ona została za mną. Milczała, dopóki nie wstałem i nie obróciłem się do niej. Zaśmiała się krótko (za głośno; nie tak!). Powiedziała:
- Chcę się upić. Zimno mi.
Podałem jej piersiówkę.
- Uważaj, to brandy.
Odwróciłem głowę w stronę świetlistego zamku. Nie patrzałem wcale przed siebie, kątem oka dostrzegłem ruch ogni pod filarami mostu kolejowego, z lasu - tak domyśliłem się ich położenia rekonstruując okolicę w myśli. Zaczęła kaszleć.
- Nie zostawiaj mnie.
- (Już ci to kiedyś przyrzekałem.)
- Nie zostawiaj mnie.
Chwyciłem ją za ramię, lewą ręką. Powiedziałem, jeszcze cicho:
- Uciekajmy.
Biegliśmy w stronę miasta. Szybki oddech, nierówny, podobny do śmiechu... Zresztą byliśmy pijani, powietrze... zupełnie pijani - unosiliśmy się w nim. Flety grały ciągle za nami.
Wbijając stopy w stwardniałą od chłodu glinę zboczy dawnej fosy wdzieraliśmy się, lekceważąc ułożone dla spacerów schody. Wyszarpywaliśmy korzenie z ziemi szukając uchwytu. Ręce grzęzły w liściach, śliskich od zgnilizny. Wciągaliśmy się wzajem, zaczepieni o drzewa. Zrzucaliśmy luźne kamienie, które staczały się dudniąc głucho za nami, dłużej i dłużej.
Bawiłem się nieźle, mimo wszystko. Nigdy rzeczy nie miały znaczenia poza oczekiwaniem, że coś się wreszcie zdarzy. Mówiłem jej:
- Ja słyszę ich co wieczór: ich flety i bębenki. Widziałem wypalone miejsca, gdzie tańczyli... Rozumiesz, tam nad rzeką... To w pewnym sensie ich królestwo. Nie zdołają odebrać nam zamków, oczywiście, ale tam składa się im ofiary - pomogłem jej wejść na szczytowy mur (jak nisko tutaj). - Nie ze strachu: z pragnienia, z tęsknoty - bo może kiedyś pozwolą nam dołączyć do orszaku... Nie patrz tak, naprawdę marzymy o tym absurdzie. Cisza i ciemność... One tym zarażają.
Przechodziliśmy pospiesznie przez rynek. Zabawa ożywiła się znacznie. Nikt nie zwrócił uwagi na pierwsze huki artylerii zamkowej: wiwatówki biły dziś często. Widzieliśmy maski i przebrania wedle obcego zwyczaju, modne kontredanse bez umiaru... Z trudem torowaliśmy sobie drogę do Katedry, licząc na zamknięcie się w obronnej budowli, kiedy tylko klerycy zorientują się w wypadkach. Nasłuchiwałem za sobą groźnych hałasów, ładu w niespokojnych okrzykach. Podpity dudziarz grał w podcieniach i śpiewał chrapliwie "La Petite Janeton"; młody lutnista dosiadł do niego, wybijał z rozmachem akordy w rytmie bourrée, dudniło echo od basowych strun... Co za dysonanse! Gniewnie pochylony rozdzielałem tłum łokciami. Przekonałem się później, że miałem paskudnie rozdrapany lewy policzek, nieświadomy grymas bólu wyglądał dość groźnie (może fałszywie).
Wrota były już zaryglowane: obserwator na wieży czuwał. Rzuciliśmy się do bocznego wejścia, od strony pałacu biskupiego. To także zamknięto; w oknie pałacu trzepotała zasłona. Uciekli... Dlaczego nie uderzono na alarm w takim razie!? Zbiegliśmy po schodach na ulicę; w sam czas: w jej ujściu zakłębił się tłum, upadł jakiś kram, rozległy się wrzaski oburzenia. Przypadliśmy do muru po przeciwnej stronie, dać przejście. Wdarli się na plac pierwsi uciekający, w dzikich przebraniach. Pacnęły o bruk ciężkie kęsy ołowiu. Strzelano chyba z okien wieży katedralnej (nie wiem, czy wzięto ich za...). Spojrzałem tam: wykwitły siwe obłoczki dymu, skrzące w chłodnym powietrzu. Szkoda, że to nie okazja patrzeć akurat. Wymknęliśmy się pobliskim zaułkiem.
Szukałem schronienia w domu mojej przyjaciółki, niedaleko. Przyjęto nas. Mieszkańcy z bronią zebrali się już w klatce schodowej. Panią wysłali na górę, mnie dali starą gizarmę, tępy kawał żelastwa. Przesiedzieliśmy w zbrojnym pogotowiu do świtu; nie zdarzyło się nic poza jeszcze pojedynczymi odgłosami strzałów. Nieludzko zmęczeni wyszliśmy rano (kobiety nie zasnęły tam na piętrze przecież - nie więcej niż my na pewno). W drodze nie rozglądaliśmy się zbytnio. Oceniłem szkody pobieżnie, z nawyku dawnych czasów pracy w kantorze: tyle samo ich i śmieci pozostawiało każde Święto, zwykłe zabawy i zamieszki. Widocznych śladów przemocy brakowało.
Odprowadziłem ją na pociąg. Pożegnaliśmy się pospiesznie. Upewniłem się, że sen będzie miała spokojny, płacąc konduktorowi turońskiego za baczenie. Na nic więcej nie było czasu: pociąg ledwie przystawał na tej stacji.
Zakładać kurtkę już po zgaszeniu światła: prawa ręka w lewy rękaw... wyciągnąć. Zakładać kurtkę na lewą stronę, do góry nogami, skręconą w spiralę. Odkryć niezliczone możliwości zakładania kurtki. Odkryć dyszącą, zdesperowaną wściekłość na to coś poza kurtką jest przeciw, bo to niemożliwe, żeby przypadek, żeby tyle razy...
Najpierw pusto, dowolność. Wypełniać czas, zanim spotkanie, zanim lustro w korytarzu, żeby ostatnie poprawki w wyrazie twarzy, zanim nałożyć kurtkę i wyjść. Nic nie zaczynać: żadnej książki, herbaty. Nie warto psuć oczekiwania, ani tej książki w połowie strony, ani herbaty, kiedy jeszcze za gorąca. Myśli już pełne: ona wchodzi do kawiarni i rozgląda się, ja wstaję... albo zaczekać na ulicy, wieczór ciepły; pierwsze wersje dialogów. Przekładać drobiazgi na półkach... Zabrałeś wszystko? I lustro w korytarzu, żeby ostatnie poprawki w wyrazie twarzy...
[Prawda stanie się] ...rzadko kiedy bardziej oczywista na ostatniej stronicy, niż była nią na pierwszej.
Nathaniel Hawthorne
Szedłem przez las. Zmierzchało. Mgła zrzedła już. Śnieg leżał głęboki i lepki; zatarł wszelkie kontury. Po obłej jego płaszczyźnie rozlewała się szarość wielu tonów, regularnie przebarwiona sadzawkami tropikalnej, jadowitej zieleni, odkąd zapalono latarnie. Było za wcześnie jeszcze, by rozjaśniły las; na gałęziach, spod czap śniegowych, wybłyskiwały w świetle tylko liście i owoce, miedziane albo złote.
Obrócił głowę na mój widok, bym go dostrzegł. Siedział w cieniu drzewa. Wówczas wstał i ukłonił się niedbale.
- Nazywam się... To moje ziemie.
Odpowiednio do słów, oddałem mu ukłon. Wymieniłem jedno z lepszych i znanych imion. Spytałem: - Czy ten trakt nie należy do ogrodów Domu, mówiono mi? - fałszywą kadencją oznaczając neutralność wobec prawnego statusu. Uniósł wargę i warknął: - To sporne.
Przywrócił formalny uśmiech. - Pozwolisz, że przejdziemy się razem, tak? -Wskazałem miejsce przy boku otwartą dłonią. - Nie ma często okazji rozmawiać tutaj.
- Rozmowa jest drugim chlebem.
- Ale nie za grzecznymi formułami tęsknię - dodał.
Zaśmiałem się bezgłośnie.
- Oddaję reguły twojej woli.
- Powiedz, skąd ten hałas w lesie: jeźdźcy i psy; dlaczego słychać od dwóch dni wozy na drogach; po co tyle świateł we dworze, że łuna zakrywa gwiazdy i gubią się obcy; po co sprowadzono chmury; dlaczego jest cieplej - co zdarzyło się obmyśleć Panu tam, ha? - szarpnął pyskiem w stronę łuny, która już zaczynała być widoczna na połowie horyzontu.
- Bankiet Zimowy; nie wiesz naprawdę, że na koniec wielkiego roku wybrano tutaj urządzić Bankiet Zimowy? - Czułem się nieuprzejmy mówiąc o tych oczywistościach. Mruknął coś. - Pan "stamtąd" - wolałem nie wymieniać jego nazwiska z obawy wrogości - doczekał tego uznania.
- Niech go własne psy ułowią!
- Wybacz; uchybię obowiązkom twojej gościny, ale piłem dziś jego wina. Nie zasłużyły na przekleństwa.
- Wybaczam. Przyszedłeś od niego?
- Przyszedłem razem ze wszystkimi stąd i ze Snów... - Nastawił uszy ku czemuś daleko. Nie przerywałem, nie dał znaku. - To my jesteśmy świętem, które Pan przyjmuje u siebie.
- Nie znam... spraw... światowych. - Zjeżył sierść. - To Sfora!
Zamilkłszy, i ja usłyszałem głuche skowyczenie, stłumione przez miękkość śniegu - którym psy błagały o łup swoich bogów polowania, jeżdżących konno, o głowach szlachetnych ras i dłoniach ludzkich dobroczyńców.
Drgnął kilkakroć na całym ciele, zaczął dyszeć szybciej i gdy przemówił, obłoki pary gwałtownie wyrzucane zastygały przez chwilę w fantastycznych kształtach.
- Jeśli mogę ci wierzyć... Jesteś moim gościem - nie odmówiłeś tego, mam prawo pytać. Jak trafiłeś tutaj?
Próbowałem z nich odczytać intencje, przerwał moje zapatrzenie.
Przyszedłem na Bankiet z kilkoma przyjaciółmi... Pamiętasz wczoraj tę burzę śnieżną: zamieć i odległe grzmoty artylerii z Cytadeli, kiedy odpędzali chmury od Portu? Wracaliśmy wtedy razem bulwarami z targu (gdzie ciemna Rzeka uderza o podpory pomostów i dudni pod stopami, gdy gwar ucichnie na chwilę); oglądaliśmy instrumenty u sprzedawców w Starym Pałacu, a śnieg sypał przez wybite okna, wysoko pod sklepieniem... i byliśmy głodni innej muzyki przez tę odmianę - kiedy oddychaliśmy nowym powietrzem.
Byliśmy na wzgórzu, skoro się rozjaśniło zupełnie. Pan witał gości przy bramie ze Sforą i innymi sługami... To głupiec jednak... Ale dobrze, że nie musieliśmy ich cierpieć wewnątrz.
Odziedziczył piękny dom! Wędrowaliśmy w obrębie murów całe przedpołudnie. Spotykaliśmy znajomych i nieznajomych, jak i my, studiujących pole Gry; Dom zaludniał się powoli. Odwrócone morze wisiało nad nami, pogodne, zielone bądź błękitne - w odcieniach głębiny - i żółtawe od plam mórz sargassowych, z odbitymi na spokojnej powierzchni pasmami obłoków. Było w nas wiele radości z tego dnia i rzucaliśmy się śnieżkami, kiedy uderzył dzwon na posiłek. Grzało słońce, śnieg był lepki, i wyglądałem jak bałwanek, wracając - aż jakaś dama roześmiała się. Popatrzyłem na nią z urazą, że nie rozumie, co to zabawa. Zawstydziła się wtedy i przeprosiła mnie. Zostawiłem przyjaciół dla jej głosu.
Na początek podano białe wina i orzechy, gorące jeszcze, zdjęte od suszenia z pieców. Panowie łamali je w dłoniach i karmili swoje damy jak gołębice. Stół ustawiono pod arkadami i mieliśmy przed sobą widok na rząd sosen przechylonych od stałego wiatru, egzotycznych w nowej barwie - od zmieszania zieleni ze śnieżną bielą. Promienie słońca padały na obrus ukośnie, spomiędzy arkad, i oślepiały; odsuwano krzesła w głąb cienia. Chłód był lekki, lecz aromaty win i potraw nie rozchodziły się prawie. Z kielichem nieustannie przytkniętym do warg, wsłuchany w podszepty wina, rzucałem raz po raz słowo, by nie dać jej zamilknąć. Ufam, że nie ma mi za złe, że pozbawiłem ją posiłku; obawiam się tego. Pragnąłbym jej to wynagrodzić - jeśli wolno wyrazić życzenie wobec tutejszych bóstw.
Niemało wypiłem przy rozmowie. Wstaliśmy potem, przejść się, kiedy słuchano muzyki - by nie przeszkadzać. Podziwialiśmy sad kwitnący pod śniegiem. Pan kazał swym panegirystom mówić drzewom kłamstwa, aby to sprawić - i podziwialiśmy ich kunszt po jego owocach.
Nie była piękna, wcale - z tak osobliwym układem kości - ale giętka - jakby pływała w powietrzu, jakby sama była welonem dla czegoś, co poruszało się pod spodem... I miała bardzo wyrazistą twarz, niestrudzoną.
Nadszedł wtedy jeden z moich niewielu przyjaciół, jedyny z tej strony Rzeki. Widywaliśmy się właściwie od przypadku, ale lubiliśmy wtedy rozmawiać.
Zobaczył mnie z daleka i zawołał. Uściskaliśmy się serdecznie. Ukłonili się sobie, kiedy wyszła zza drzewa; przy ruchu dzwoneczki brzękły (nosiła na szyi dzwoneczki, dziwaczną obróżkę, żelazną, z dzwoneczkami). Przykryła je dłonią, jakby chciała uciszyć nieposłuszne... Przyjaciel okazał się czemuś rozproszony i nie w nastroju. Szybko zerwał rozmowę niezręcznie i umknął. Obraziłbym się na niego, ale nie miałem zupełnie ochoty.
Czas był; wróciliśmy do stołu. Nadciągnęły chmury i śnieg z nimi. Wszyscy dobraliśmy się, jak przypadek wyznaczył, i rozeszliśmy się, by zaczynać Grę.
Nie pomyślałem nawet spytać jej o imię.
Trafiłem wreszcie na strefę, gdzie wiatr zelżał - w odmiennym tonie bieli; zamajaczyły ciemniejsze, pionowe zarysy (krążyłem w zamieci na oślep: oczy miałem zmrużone od wiatru, śnieg ciasno oblepiał rzęsy). Wszedłem głębiej prostując się, skoro opór powietrza ustawał. Rozpoznałem mur ogrodowy. Świerk stał w załomie ścian, utworzyła się za nim przytulna nisza.
Czekała tam.
- Schwytałam cię. Jesteś moją własnością - to powiedziała poważnie; a potem uśmiechnęła się.
- Czy teraz chcesz mnie zjeść?
Zamruczała chwilę.
- Nie. Zaczekam do kolacji.
- Dobrze; zdążę ci uciec.
Podniosła dłoń, jakby chciała mnie pochwycić - Dokąd? - jak dla zaakcentowania argumentu. Przesunęła grzbietem rękawiczki po murze. - Tu wewnątrz należysz do mnie.
Wycelowałem palec w nią, a za nią w furtkę, o którą się oparła. - Do lasu? -Skinąłem głową. - Znam go; zgubisz się w nim.
- To mnie nie znajdziesz.
- Nie umykaj; nie bawimy się słowami. Musisz mnie przekonać, że potrafisz uciec, albo nie ustąpię ci przejścia.
Nachyliłem się do przodu i spojrzałem z bliska w jej twarz.
- Troszczysz się o mnie... Mogę maszerować cały dzień bez odpoczynku. Las kończy się prędzej.
- Ale za nimi nic nie ma; tam jest Koniec Świata.
- Tylko z jednej strony.
- I nie przejdziesz przez rzekę. Tu jest rzeka. Niewiele mostów, prawie wszystkie w ruinie.
- Znajdę coś. Przewrócę drzewo.
- A drogi? Wejdziesz w las... Rozchodzą się, przecinają nawzajem, wypuszczają boczne ścieżki - mnożą się bez końca. To labirynt.
- Spotkam pewnie Minotaura - podniosłem głos drwiąco - i zapytam o drogę... Kogokolwiek.
- Nie chcę, żebyś tam kogoś spotkał. Chcę cię zjeść sama.
- Czy jest aż tak niebezpiecznie?
- Możesz nie spotkać.
- Wkrótce noc, zobaczę łunę Miasta. Pójdę na przełaj.
- Przez ten śnieg? Będziesz się zapadał głęboko. Zmęczysz się, przewrócisz... - Jej uśmiech rósł, usta wydłużały się ku policzkom.
- Zmieniam zdanie... - Na to westchnęła gniewnie. - Pójdę drogami; jeśli jest ich tak wiele, to prowadzą wszędzie.
- Uparty. Dobrze. - Ustąpiła spod furtki. - Ale powiedz mi, po co chcesz uciekać?
Przechodziłem obok niej, bardzo blisko; podniosłem głowę.
- Przecież gramy.
Za murem przejaśniło się w powietrzu. Zamieć należała do ogrodu - jak posągi, drzewa i stawy...
- Mów zwięźlej, proszę.
- Zamieć wydaje w ręce przypadku. Gra dąży, by dać szansę tym, którzy mają szczęście, obok tych, którzy posiadają umiejętności.
Przystanęliśmy u wyjścia z lasu. Groblę między dwoma połaciami torfowisk przekraczało stadko jeleni. Przewodnik stał na straży, oczekując nas.
- Hałaśliwi... - powiedział.
Przez chwilę nikt nie poruszył się.
Przewodnik spojrzał za siebie prawym okiem: na łanie i młodszego jelenia. Podszedł nieco i wciągnął powietrze. - Tfu! - Podrzucił łeb i cofnął się. - Obydwaj drapieżni.
Łanie zastrzygły uszami. Przez chwilę nikt nie poruszył się.
- Dacie nam przejście? - odezwał się drugi.
- Ależ proszę... - Wilk uśmiechnął się szeroko. - Cenię rozmowę wyżej od twojego...
- Ależ proszę... - Uśmiechnąłem się i ja. - Idźcie jak najszybciej.
- Odciągną Sforę - nachyliłem się wilkowi do ucha.
Przewodnik czekał przed nami. Na jego porożu kołysały się trofea niby panoplie na rosochatym pniu.
Nie zwalniałem od brzegu jeziora. Zbliżał się zmrok, a przywlokłem za sobą mgłę stamtąd. Wiedziałem już, że nie zdążę opuścić lasu przed nocą, lecz nie miałem ochoty odpoczywać. Śpiewałem monotonnie, niskim głosem, żeby utrzymać tempo, i żeby zagłuszyć nieustanny skrzyp śniegu w ciasnym korytarzu. Droga zanurzyła się dawno w płytki wąwóz. Na zboczach rosły gęsto wysokie krzewy głogu, przykryte śniegiem - bezkształtne kłęby. Nad nimi wystawały gałęzie sosen. Wyżej nie było nic. Czekałem, aż minie ten stan zmysłów, zmieszanych widokiem Końca Świata.
Droga nachylała się przede mną z wolna. Wychodziły naprzeciw drzewa niższe, powykrzywiane - podobne sobie w tym bez różnicy gatunku. Gałęzie, coraz to bardziej rozłożyste, ciążące ku ziemi z braku sił żywotnych, przykrywały drogę jak podpory dla sklepienia mgieł. Drzewa zstąpiły i na skarpy w krótkim czasie, wyparły głóg, bogaty od owoców, wystawiając w zamian grona zmarzniętych liści - pod ich osłoną ściany upadły nagle, wąwóz urwał się, wyszedł ze zbocza obszernego masywu - i zaskoczył mnie gwałtowny skręt. Droga zatrzymała się na polanie.
Z lewej, przerwa w kurtynie drzew odsłaniała rzekę. Nad brzegiem stała ogrodowa altana, zamknięta w gęstszym mroku pod nisko zawieszonym spiczastym dachem. Brzeg był urwisty, dość wysoki. Liczyłem na widok mostu w pobliżu. Dojście odgradzał płotek. Nie zajmowałem się furteczką parę kroków dalej; z marszu przełożyłem nogę przez niego. Ktoś zawołał z altany. Nie zrozumiałem słów z początku, zatraciwszy tę zdolność od długiego milczenia. Obróciłem głowę do tyłu jak najdalej, kątem oka chwyciłem cień wewnątrz. Przełożyłem przez ogrodzenie drugą nogę, spojrzałem na wprost: przycupnięty za stołem tkwił stryj. Rzecz sama w sobie nie poruszyła mnie wcale - była na to zbyt niewiarygodna: bo skoro nie przyjąłem jej, jak miała mnie poruszyć? Przeskoczyłem z powrotem i wypełniłem stosowne formy powitania, podchodząc do niego.
- Witaj... - nazwał mnie moim dziecięcym imieniem. - Spacerujesz także? Nie podejrzewałem, że i ty...
Jak podupadł! Poddał się całkowicie właściwości tej gałęzi rodziny: wszyscy maleli z upływem lat i tracili barwy; ich skóra szarzała, pokrywała się brązowymi plamami, szarzały włosy; ich stroje z nimi przybierały te tony, skoro przestawali o nie dbać. Co osobliwe: blakli raczej od światła księżycowego - ci, co prowadzili nocny tryb życia - najszybciej.
A przy tym patrzyłem na niego od nowa - pomimo barw spokojnej żałoby, pokory i wyrzeczenia dalszego udziału - i nieco nieufnie, wyczekująco. Byłem zdumiony rozmiarem mojej omyłki: nie podejrzewałem go zupełnie, że w ogóle wychodzi z domu. Zaskoczenia są tak ożywcze! Głodne oczekiwanie następnych podnosiło moją wargę, więc uśmiechnąłem się do niego szeroko - nie widywaliśmy się od lat przecież, miałem prawo.
- Zabłąkałem się - przyznałem od razu.
Stryj milczał chwilę.
- Myślę - wymierzał pauzy - że mógłbyś odwiedzić nas dzisiaj.
- Wybacz; jestem już zobowiązany. Wyszedłem z Bankietu na przechadzkę. - Zamierzałem czekać tylko do czasu ustania zamieci; o tej porze ucieczka obracała się w błąd i katastrofę. - Czy nie wiesz, jak tam wrócić?
- Nie znam drogi stąd; nie chodzę tamtą częścią lasu. - Przerwał, jak gdyby skończył. Znałem już tę manierę i wiedziałem, że myśli. - Musiałbyś przejść się ze mną do przystani. Łódź czeka, zawiózłbym cię na Przeprawę. Stamtąd szedłeś? ...do jego Domu.
- Za daleko; już późno. - Zrobiwszy majątek na regularnym handlu morskim, nie cierpiałem więcej iść dwakroć tą samą drogą w ciągu dnia; stryj na to nie zwracał uwagi, żyjąc z ziemskich posiadłości.
Siadłem naprzeciw.
- Czy wiesz może coś niepewnego?
- Na ile można to wiedzieć. - Wskazał kierunek: - Stąd trafisz na poprzeczną drogę do mostu - w lewo; jakieś trzy kwadranse razem. Dalej idź za latarniami - zobaczysz światło. To trakt do Przeprawy... Żyli tam ludzie, zanim poprzedni Pan zgromadził Sforę. - Wzruszył ramionami; jego dezaprobata dotyczyła czasów dawno przeszłych, więc pozwalał, by przyczyny jej były mi obojętne. - Wsie opustoszały. Las zamieszkują tylko bestie. Trakt powinien być jeszcze utrzymywany - należy do Ogrodów; znajdziesz drogowskazy. - Podniósł otwartą dłoń. - Tyle słyszałem - zastrzegł.
- Tak czy inaczej, dziękuję. - Jakie to miało znaczenie - realność słów w czas Gry? Miałem prawo uwierzyć we wszystko, co potrafię zużyć na swoją korzyść.
Oparłem dłonie na blacie stołu, gotów wstać. Stryj chrząknął.
- Poza Bankietem... Co robisz?
- Plany. Niezliczone plany. Niektóre można już widzieć, drogi stryju, a wkrótce...? Sprzedałem dom w Snach, szukam czegoś w Północnej Dzielnicy. - Podniosłem się.
- Odprowadziłbym cię, ale muszę być na kolacji - powiedział stryj. Machnął ręką. - Do zobaczenia.
Pochyliłem się do pożegnalnego ukłonu, zatrzymałem - pozostał nie zdecydowany.
- Wpadnę do ciebie niedługo. - Stryj wciąż był możliwością zaskoczeń - i wiedzą.
- Pozdrów mojego brata - odparł tylko.
Skinąłem głową.
Las nadbrzeżny, mimo że położony na ogromnym stoku doliny, nie dawał wcale przestrzeni powietrzu, jak lasy górskie, ale układał się na fałdach miękkiej ziemi, tak że korony drzew, rozmieszczone na różnych poziomach, nie pozwalały rozglądać się inaczej jak przez korytarze pomiędzy gałęźmi - jak lunety, nakierowane ściśle na niewidoczne skądinąd sceny. W dole lasu, droga wiła się przez plątaninę dusznych wąwozów, wzdłuż zastałych rozlewisk zbierającej się na dnie wody. Odnogi wąwozów sprowadzały pomniejsze ścieżki i śnieg leżał pokryty niezliczoną ilością tropów - nawet tam, gdzie zamykały je zwalone pnie, spróchniałe i zapadające się pod stopą bez oporu z chrzęstem lodowych igieł, pełne larw - albo odgradzała woda, dostępne oczom tylko do pierwszego zakrętu, za którym - zdawało się bez ustanku - właśnie znikły spacerujące pary zajęcy albo wataha dzików, pogrążona w dyskusji.
Niepokoiło mnie przy tym, że tropy nie zbaczały ze szlaków. Znałem gatunki utrzymujące się w Mieście, które przemykają tajnymi chodnikami: przez rynny, kominy i akwedukty, a jeśli już muszą przekroczyć publiczny korytarz, wrogie władzy i obyczajom, zanieczyszczają go zawsze.
Rozlewiska łączyły się w rozległy system. Pod cienkim lodem w przesmykach poruszał nimi prąd i może znajdowały gdzieś upływ na zewnątrz tego labiryntu. Poziom ich zmieniał się, widocznie po zasięgu kikutów drzew. Na pobrzeżach woda pozostawiła liczne artefakty o funkcjonalności wątpliwej bądź całkiem niezrozumiałej, zwykłe w dalekich dzielnicach Miasta, gdzie obyczaje są odmienne - choćbym starannie oczyszczał je ze śniegu i zastanawiał się nad nimi.
Ujawniało się dopiero, dokąd sięgnął wpływ zmęczenia: mechanizm ciała funkcjonował wciąż bez zarzutu, jednak to, co nim powodowało, zatraciło dyscyplinę i zdolność pohamowania ciekawości; błądziłem wokoło drogi badając wybryki okolicy - aż zaskoczyła mnie skarpa w poprzek, zagradzająca przejście, dokąd dało się dojrzeć. Gdy przekroczyłem błotnisty rów i wspiąłem się na nią, okazała się nasypem brukowanego traktu. Droga biegła dalej za traktem, gorzej jeszcze zaniedbana, porośnięta krzewami jeżyn.
Skręciłem tutaj niepewnie. Z czasem oddaliłem się od rzeki poza zasięg słuchu, a szedłem przez liczne rozstaje, których nie oznaczono żadnym sposobem (ustawione na nich posągi bóstw miejscowych strzegły dróg twarzami zwróconymi ku każdej i tylko ich wyraz mógł zwiastować losy podróżnych; zresztą, być może, że brak drogowskazów był zamierzony i znajdował analogię w tym, jak chętnie mieszkańcy wiosek na morskim wybrzeżu fałszują światła nawigacyjne). Trakt dawał dłuższą perspektywę widokowi, bardziej leniwy w swoich skrętach. Tam, gdzie ułożył się wzdłuż osi biegu słońca, śnieg na nierównych kamieniach roztopił się, a pozostał pomiędzy nimi, odtwarzając łuskową mozaikę, której barwy w dali migotały i mieszały się; pokrył równą pręgą tylko omszały grzbiet drogi.
Trakt zdatniejszy był do równego marszu, i myśli błądziły niespokojnie wokół niebezpieczeństwa wilków i mroźnej nocy, która mnie oczekiwała. Myślałem też, kogo innego mogę tu spotkać, albo czy nie była to pusta groźba dla Gry. Uszy stawały nerwowo na głos osuwających się z gałęzi grudek śniegu. Zacząłem zastanawiać się w końcu, jak ściśle stryj wyznaczył owe trzy kwadranse, dla jakiego tempa, i czy nie przeoczyłem wcześniej skrętu. Czas nie minął na pewno, mimo nagłości zmierzchu, lecz mało kto dorównywał mi szybkością.
Wkrótce trakt rozwidlił się. Most widniał w perspektywie lewej odnogi, wciąż jaśniejszy niż droga przez las. Trakt prowadził w dół dość stromo, po śliskim śniegu. Przyspieszyłem jeszcze, by zmusić uwagę do skupienia się w całości na marszu.
Most był w ruinie, nie naprawiany od lat. Stanąłem na kamiennym przyczółku, odgarnąłem nieco śniegu. Zaprawa kruszała po wierzchu; kamienie tkwiły nieruchomo, kiedy uderzyłem stopą.
Dwa murowane filary stały w dole wąwozu, na wpół w wodzie, utrzymując drewnianą konstrukcję powyżej przyborów nurtu. Na niej leżały wzdłużne belki. Poszycie z podwójnej warstwy desek spróchniało do cna; ocalałe pojedyncze wysepki, pokryte ziemią, mchem, zeschłą trawą i kopczykami śniegu, wyglądały jak groteskowe narośle, uczepione przejrzystej struktury mostu.
Chichotałem bezgłośnie szeroko rozwartymi ustami na wyobrażenie o moim widoku z zewnątrz, kiedy z głową zwieszoną pomiędzy belki, w które wbiłem palce, wypatrywałem w mroku pod poszyciem świecącego próchna (ty, który słyszysz o tym od innej osoby, nie możesz znać, jak wyglądam). "Jeśli cokolwiek chodzi po tym lesie" - mamrotałem do siebie - "to na mostach... na mostach na głównych traktach... Sfinks na przykład... na drodze do Teb... Siedmiobramnych. Oni... którzy polują, wiedzą... jakie... wybrać miejsca".
Dźwignąłem się na powrót, przykucnąłem na belce. Drewniane części mostu łączono tęgimi gwoździami; wyrywałem je z próchna bez wysiłku i gniewnie. Kalkulowałem ryzyko.
Nurt pod mostem był wartki, ujęty w ściany filarów, woda - głęboka i przejrzysta; na dnie pokład kamieni ze smugami żywego piasku.
Wstałem i stopą zmiotłem z belki rząd gwoździ. Zdusiłem chichot. Ruchy miałem szybkie i płynne (na każde skrzypnięcie obracałem głowę). Przejście przemówiło do mnie jak taniec: krok lekki, gdy szukałem, gdzie można stąpnąć pewnie - stąd wynikł rysunek figur, ukłon pod nachylonym szczytem świerku (położyłem dłoń na nim, żeby zachować miarę wysokości, gdy musiałem patrzeć pod nogi, i poczułem drżenie całego pnia; pył śnieżny posypał się w cień mostu, w żelaznosiną wodę)...
Było światło za mostem; zapalono latarnie, kiedy się tam bawiłem. Przedarłem się ku najbliższej na wprost (droga wykręcała ukośnie ku ruinom), wypadłem na środek traktu razem z kupą śniegu z zaspy na poboczu. Mogłem śmiać się z wilków! Nie bierz tego do siebie, oczywiście...
- Nie biorę - odpowiedział wilk. - Rozumiem cię; widuję tu dziwne ślady.
- I to wszystko; tak przyszedłem - tyle jest mi znane.
- Z początku myślałem - mówił, jakbym mu nie przerywał - że ty jesteś jednym z potworów. Śledziłem cię od mostu. One także muszą być uczynione ze strachu i dlatego sieją strach.
Ujadanie raz po raz wybuchało bliżej i z innych stron - jak znajdowało drogę między wzgórzami; drażniło nerwy.
- Nie rozpoznajesz może tej osoby? Mówiła, że zna tutaj lasy; czy nie jest stąd? Sądzę, że pragnąłbym ją spotkać jeszcze.
Biegł przy mnie równym krokiem. Odezwał się:
- Tyle mogę zrobić.
Zatrzymałem się trzy kroki dalej. Wciągnąłem powietrze, nagle ostre, gdy odpowiadał na ujadanie (darem jego gatunku jest sprowadzać zimno). Byłbym krzyczał z nim razem moim głosem, by zdławić wspaniałe przerażenie, lecz słuchałem tylko. Na co mi było rzucać wyzwanie Pańskiej Sforze?
Zapytałem gwałtownie:
- Co znaczy ta odpowiedź? Czy znasz ją?
Wyrzucił z siebie obłok pary - jedno zdanie:
- Muszę cię opuścić.
Skinął głową, odbiegł bokiem w las. Zawołałem na niego:
- Zaczekaj! Czy to dobra droga? W którą stronę mam iść?
- Dalej. Znajdziesz ścieżkę; kamienie wyznaczają. Idź tamtędy, to bezpiecz... - zwolnił, rozdzielił sylaby - ...ne miejsce. - Namyślił się. - Życzę ci... aaa... szczęścia!
- I wzajem - odparłem grzecznie, niepewny, skąd zawahanie.
- To tylko psy.
Uśmiechnął się pokazując zęby. Był w tym dziwny odcień, którego nie potrafiłem odczytać - ani myślałem nad nim długo.
"Tak" - wyszeptałem, a dalej mówiłem cicho: "mógłbym przebudzić się tu nagle i poznałbym ten kraj po barwie, jaką rozsiewają latarnie. Zastanawiające, że to się nigdy nie powtarza."
Pamiętałem: w domu na ścianach dziedzińca wisiały latarnie z niebieskimi szkłami i przez rząd okien w południowym murze kurtynowym, wychodzący na Rzekę, połyskiwały w głębi zewnętrznej nocy - a ja stałem przytulony do krat, próbując odczytać z mego odbicia, kim jestem tam.
Odegnałem precz to wspomnienie rzeczy zagubionych gdzieś i bolesnych; zająłem się zamiast tego spekulacjami na temat metod wytopu szkieł tutejszych, rekonstruując je ze wzmianek wprost w dziełach historyków i dalszych asocjacji. Jałowa ta rozrywka wypełniła mi czas.
Ścieżkę wyznaczały kamienie, w miejscu przecięcia z traktem - wyższe, staranniej ociosane i pozbawione naturalnego kształtu - wypisano na nich: "stąd do dworu", a na dalszych, miast cyfr, uwagi o pięknych rzeczach, które można było zobaczyć wokół.
Skręciłem. Nikt przede mną nie zostawił śladów od czasu zamieci; wyraźniejsze przez to były poprzeczne tropy zwierząt, ośmielonych pustką i ciemnością. Latarnie stały rzadsze. Żadna nie przypominała poprzedniej; kształtem i barwą światła dostosowywały się do charakteru otoczenia. Część z nich wygasła, szkła stłukły się, i zamieszkały je ptaki.
Ścieżka leżała w ruinie. Tarasowały przejście miejscami pochylone i zwalone drzewa, złamane gałęzie. Żadne nie zamknęło go zupełnie. Ścieżka szła tutaj nasypem - coraz to wyższym - drzewa rosły na jego skarpach i padając opierały się na krawędzi, pozostawiały niski, trójkątny prześwit. Niektóre upadły na latarnie i zatrzymawszy się na źródle światła, pokrywały okolicę siatką gałęzi z cienia. Przeszedłem raz pod dębem wygiętym w łuk przez ciężar śniegu nad drogą; inne pochyliły gałęzie, które trzeba było odgarniać jak kurtyny na nowe widoki. Las stał się dzikszy, przeważnie dębowy; drzewa ze szlachetnych metali trafiały się rzadziej.
Było coraz mroźniej. Przesunął się przed moją twarzą żółty liść klonu wlokąc w upadku za sobą warkocz pyłu śnieżnego - jak kometa uroczysty i cichy. Śnieg tracił spoistość, osypywał się z drzew. Maszerowało się lżej.
Ścieżka poczęła zakreślać łuk. Po lewej stronie otworzył się stok niewiadomej dali, zagubiony w powtarzaniu arkad. Las, z początku jasny, obrócił się w drewnianą katedrę, ciemną, pełną potężnych, rzadko rozmieszczonych filarów. Niebo zbielało nad drogą; wkrótce spadł śnieg i wypełnił ciszę nieustannym szmerem. W górze wirował dziko na wietrze, widocznie niezbyt silnym, bo las nie przemówił prawie.
Ścieżka naprostowała się, długim spadkiem wróciła na wysokość gruntu i zeszła w płytką dolinę po drewnianych stopniach. Sosny rosły tu wyższe i tak gęste, że ich korony nie dopuściły śniegu, tworząc na sobie złudne wzgórze, pod którym leżała zupełna ciemność. Wysoko, wśród gałęzi, obracały się zawieszone tam koliste lustra, zamglone i porysowane skutkiem wieku i tym naśladujące księżyc. Ziemia była nierówna jak stary cmentarz; po obu stronach w głąb doliny migotały ogniki. Przechodziłem tamtędy w ciszy zupełnej, po wilgotnym i śliskim igliwiu. Pozbawiony szmeru padającego śniegu i skrzypienia pod stopami, miałem w uszach tylko niespokojny szum pracującego ciała.
Wspiąłem się naprzeciw po stopniach, łagodniej ułożonych w skos zbocza. Za krawędzią doliny znów otwarła się naturalna noc.
Czas przebiegł szybko. Śnieg ustawał już, kiedy wyszedłem, i niebo było prawie puste. Tarcza księżyca wisiała ponad lasem, z tego miejsca, oddalonego od Miasta, skrócona do owalu przez perspektywę.
Ścieżka biegła teraz krawędzią starego lasu brzozowego; po lewej stronie rosły już świerki, wychylające się spoza stromego stoku. Spojrzałem: w połowie jego leżała droga z koleinami od wozów; w dole słyszałem rzekę. Po tej stronie stały latarnie, z bursztynowymi szkłami, na małych pagórkach, na przemian z posągami faunów i leśnych zwierząt, pijących i tańczących - od czasu do czasu kamienna ławka. Pomiędzy brzozami ulokowano szafy biblioteczne, przykryte śniegiem. Wybrałem książkę z półki, otrząsnąłem nieco. Wilgoć skleiła kartki, musiałem zdjąć rękawice. Pobieżnie przejrzałem ryciny geograficzne, nim straciłem czucie w palcach. Naciągnąłem rękawice z powrotem. Pomyślałem, czy nie znajdę opisu tych lasów albo mapy, i poszedłem wypatrując szafy z katalogami. Pod śniegiem dawało się uchwycić ledwie fragmenty tytułów. Światło nie było wystarczające i wkrótce zmęczyło mnie to.
Pragnąłem wrócić do Snów, w moim pokoiku znaleźć miejsce wśród przedmiotów i ułożyć się do odpoczynku. Głowa ciążyła od marszu i wina, które podwajało zmęczenie. Zacząłem mówić znów, aby nie zasnąć.
Ogród, noc - zrywa niebieską kurtynę. Za nią, maszyneria orbit i płomieni porusza mitologiczne konstelacje. Krótki zachwyt; powrót do rozmów. Cóż? Bezmierne, jednostajne... Cierpliwi obserwują związki.
Kurtyna osuwa się na ziemię. Przestrzeń w dole gęstnieje, zmieniają się proporcje odległości; materiał drapie szeroko rozwarte oczy. Gesty są oszczędne, ciemność przydaje im ciężaru. Dźwięki duszą się pozbawione ucieczki, nie odbiegają tego, kto je wypowiada - musi wsłuchiwać się bez końca: wolą milczeć. Dotykają palcami swoich twarzy: szukają emocji.
"Światła!" - ktoś odważa się powiedzieć. Kto patrzy, ten widzi - fałsz. Kto dotyka? Odnajdują przyjaciół, witają się; krążą wokół siebie. Twarze stwardniały od długiego użycia, układają się na sygnał w stałe maski. Palce drżą o cal od zetknięcia.
Światło płynie z wielkich latarni na murach, z uchylonych okien, za którymi płoną świeczniki, lustrzane i rzeczywiste, z lamp krążącej służby - rozlewa się szeroko po alejach, lokaje brodzą w nim po kostki. W Domu rwie przez korytarze, wpada w pokoje, uderza o ściany - nie znajduje ujścia (nie przebito okien poza dziedziniec). Wir porywa gości w chwilowym popłochu, potem zastygają przystojnie upozowani. Światło unosi szczątki nastroju i pianę szeptów, osadza je w korytarzach, gdzie nadstawiają uszu osoby pozornie do głębi zajęte rozmową.
Ogród zdążył wypełnić się światłem i wylewa je poza mury; bramy puszczają blask szparami. Z dna biegną race i eksplodują, wyrywając nad powierzchnię - jak ryby głębinowe, rozsadzane przez wewnętrzne ciśnienie. Goście unoszą głowy za nimi, rozwierając usta jak w poszukiwaniu powietrza. Mrużą oczy i ściągają twarze z wysiłku, rozrzuceni po białym dnie garściami. Sypie się deszcz ognistych płatków; znikają w wyciągniętych dłoniach. Odzywa się muzyka.
Aleje stają się łożyskami prądów. Unoszeni przez nie służący, z własnymi światłami na wysokości twarzy, nie dzielą ogólnego podniecenia - nagle przemienieni w stworzenia morskich głębi o monstrualnych szczękach, rozciągniętych nieustannym ziewaniem. Obciążeni bukłakami wina, dryfują bezładnie pomiędzy gośćmi, których popycha nie nasycone pożądanie nowych widoków.
Ci zapuszczają się w wąskie ścieżki, na dygocące równiny, gdzie grunt otwiera się pod ciężarem i ukazuje sekretne podziemia; w głębi szczelin kipi złoto skarbca, pełne oczu z rubinów jak rodzynków w rosnącej masie - wytryska wysokimi fontannami, rozgrzane od zetknięcia ze światłem. Wokół parkowa zieleń zajmuje się płomieniem. Żywiczne drewno prycha i gwiżdże z wściekłością. Gałęzie falują za rytmem pływów chwytając spłoszone ptactwo, aby podtrzymać rozrost ognia. Goście uciekają - swąd piór jest nie do zniesienia - zanurzają się na powrót w uporządkowane obszary.
Syreni śpiew wabi do poszukiwań w ogrodowym labiryncie. Przemierzają jego korytarze w chmurach wonnego dymu, jakby gonili za stadem płochliwych kałamarnic. Nie potrzebują wiele czasu, by bez zdziwienia dołączyć do orszaku, wśród nereid, delfinów i pławikoników.
Tak krążących po ogrodzie, wir ściąga powoli przed Dom, gdzie odkrywszy nagle, że ogród od dawna obraca się przed ich oczami, dołączają do koła tańczących na placu. Wokół buchają gejzery płomienia, syczą głosami węży i barwią śnieg w trujące poblaski. Trzask i dźwięk piszczałek - pośrodku stoi muzyka - jest osią obrotów. Jak płachty fal przelewa się dźwięk dud, zniekształcony przez gęstość światła zamkniętego wewnątrz murów; wyje obój, gulgocze wielki bęben. Nad głowami burdonowy brzęk złotych pszczół nie ustaje; wyroiły się w sadzie. Przysiadają na kwiatach, zostawiają za sobą zwinięte, spopielałe płatki, gdy któraś zrywa się nasycona, leci czerwieniejąc z wysiłku, rozdyma się wielka jak pomarańcza i wyrzyguje pod nogi wybrańca rozżarzony klejnot - i pęka bez śladu; topi się śnieg.
Prochowe opary drażnią nozdrza, uderzają do głowy, wywołują gorączkę. Odurzeni, błądzą po odmienionym ogrodzie. Wchodzą w ruchome obrazy, gdzie chimera zieje ogniem z lwiej paszczy albo parzą się salamandry - i z ognistymi wypiekami na twarzy, brną przez potoki czarnej lawy śnieżnej do rozpalonej kuźni Wulkana, skąd płoszy ich huk młotów, poruszanych zegarowym mechanizmem, a nim zdążą odetchnąć, znów umykają pospiesznie przed upadkiem Faetona, kaszlą od popiołu, rozwianego przez łopot skrzydeł feniksa, zatrzymują się przy demonstracji ognia greckiego - później z troską oglądają dziury wypalone w płaszczach...
Z czasem, gdy mija pierwszy podziw dla ceny, jaką Pan Domu musiał za to widowisko zapłacić, upada też zadowolenie Pana. Ogarnia go niecierpliwość i nie czeka końca - odchodzi w głąb podziemi, do ujścia cysterny; pragnie sam wydać rozkazy.
Zamknięto źródła. Światło wygasa. Rozlewiska pokryły się lodem. Czerń. Wszystko znikło. Odeszli bez słowa - zanim przywyknęły oczy. Ogród dryfuje w księżycowej jasności.
Nowe światło jest zwodnicze: podkreśla zewnętrzne kontury przedmiotów, na przemian białe i czarne powierzchnie - zmienia je w zbiór grafik przedstawiających kolejne warstwy krajobrazu. Ledwo uchwytna nuta dymu pozwala przeczuć nietrwałość tego papierowego otoczenia. Wiew rozmazuje na niebie czysto wykreślone kursy rac; smugi rozplatają się w poszczególne odcienie ołowiu. Barwy pozostały cechą jedynie gwiazd, które migocą.
Oczy szukają niespokojnie, śledzą ruch - nie kształty; rozpoznanie jest równie pewne. Ogród zastygł, przechadzają się we dwoje wśród zmartwiałych dekoracji.
Obawiają się mówić. Słowo brzęknie zbyt głośno, rzucone w tło z litego srebra - nie dość czysto może. Idą obok siebie z uwagą; nie ma fałszu w ich postawie ani w rytmie oddechów. Idą bez celu - dla zachowania ciepła - możliwie bez końca przez natrętną ciszę zegarów księżycowych. Potrzebują słów.
Ukryli się w cień drzewa, znikli w czerni jak w przerębli, zeszli w podziemne jeziora (woda leży pod powierzchnią Snów, grunt opiera się na niej, podobny do tafli lodu - są ludne miasta, pozbawione wiary, gdzie starczy zejść na ulicę i uderzyć obcasem...). Teraz mówią:
- Jesteś przecież zmęczony?
- Jestem.
Jej twarz jest skupiona, ostrzejsza w noc bez pocieszenia snu.
- Chodź do mnie. Nie chcę już zabawy. - Uśmiecha się delikatnie. - Droga jest krótka.
Nie poruszają się.
- Szukałaś mnie?
- Może; czy to ważne?
- W pewien sposób... Tylko twoja odpowiedź.
- Więc wiesz już.
On opuszcza powieki na znak skromności.
- Wiem. - Milczy. - Cieszę się.
Ona obserwuje.
- Bałam się, że będziesz jak wtedy... kiedy uciekłeś. Nieznośny.
- Być może będę jeszcze.
Pauza.
- Teraz nie; nie wierzę w to. Jesteś okrutny, ale nie wolno ci - rozumiesz? -wykorzystywać każdego błędu bez zastanowienia, czy przynosi to pożytek albo naukę.
- Nie byłem dość uważny.
- Czy nikt cię nie broni przed złem? - Pochyla się od smutku; jej głos łamie się na ostatnich słowach, skacze oktawę wyżej i kontynuuje katabasis bez utraty matowej barwy - jest to wspaniały przykład kunsztu. Opuszcza głowę, gdy on podchodzi o krok i wyciąga się w groteskowo drapieżnej postawie, aby popatrzeć w jej twarz pod długimi włosami, w świetle odbitym od śniegu; jej powieki drżą lekko, przymrużone od uśmiechu, który niepewny, jest jeszcze gotów rozwinąć się. On ostrożnie odstępuje.
- Nikogo nie potrafię obronić.
Pauza.
- Czy będziesz dla mnie łagodny? Chcę cię mieć łagodnego - w zamian.
On uśmiecha się; mówi tonem tak miękkim, by uprzedzić podejrzenie:
- Na kolację?
- Być może tak. - Wychyla się gwałtownie. - Nie zjadłam przez ciebie! - Prawa dłoń odrywa się od szyi, uderza powietrze końcami palców i wraca, kładzie się; lewa podtrzymuje łokieć.
Pauza.
- Nie oczekuj nic po mnie. To tylko sen.
Potrząsa głową, dzwoneczki pobrzękują cicho pod dłonią.
- To bez znaczenia. - Milczy. - Chodź ze mną.
- Dlaczego...?
Opuszcza ręce gwałtownie. Przerywa mu.
- Och! Czy nie potrafisz znaleźć powodu? Chcę tak.
Pauza.
- Prowadź. - Pochylam głowę.
Odeszliśmy od ścieżki przez ciężki śnieg, w skos stoku, na który padał jeszcze poblask latarni. Znalazła prześwit między drzewami - zeskoczyła, ześliznęła się, skoczyła znów. Jej ślad odsłonił brunatną warstwę liści pod śniegiem.
Wyprostowałem szyję, aby słyszała wyraźnie, powiedziałem:
- Czemu mnie szukałaś?
Nie odwracała się. Zjechałem za nią, stanąłem obok. Przechyliłem głowę od światła latarni, które przykrywało jej twarz cieniem. Szukała odpowiedzi, nie dostrzegała mojej uwagi. Obróciła twarz w końcu; słowa musiała obmyśleć wcześniej:
- Gdybyś upadł albo zgubił się...
Bez woli uśmiech ułożył moje wargi:
- Czekasz na zbłąkanych podróżnych w tym lesie? Idziesz za zmęczonymi i śniącymi na jawie?
- Tak!
Zdumiewało mnie, jak rzadko brzękały dzwoneczki - jak gładko umiała się poruszać poza chwilami gniewu.
Skraj rzeki był nierówny, przecięty łożyskami licznych strumieni (zamarzały już z brzegów; przechodziliśmy nad nimi po kłodach, mech był szorstki i pewny). Drzewa pomieszanych gatunków rosły rzadko, zostawiły nad wodą obszerne polany. Wąwóz rozszerzył się w dolinę i szliśmy przez nie w mylnym świetle gwiazd.
Śnieg leżał na kępach wysokich, dzikich słoneczników, podobny do kapeluszy grzybów, wybujałych w tę noc - albo nawiany w zaspy z trzech boków, naśladował gościnnie otwarte namioty. Gdzieniegdzie konstrukcje ich nie zdołały podtrzymać ciężaru, runęły, pozostawiając na uboczu po kilka zeschniętych łodyg, które tkwiły nad wzgórkami samotne, ozdobione wstęgami liści - jak buńczuki w obozowisku wschodnich nomadów. Kwiaty zachowały się nietknięte, tylko sztywne od lodu, i w tym tak były niepodobne do kwiatów - szklane, delikatne - jakby wyrosły wprost z esencji snów. Ułamałem bukiecik. Mechanicznie obrywałem płatki i kruszyłem w palcach na żółty pył po drodze.
Podeszliśmy do zagajnika świerkowego. Był zbyt zwarty do przejścia. Z jednej strony schodził nad sam brzeg rzeki, a z drugiej przerzedzał się dopiero, gdzie zbocze było już zbyt strome dla drzew - tamtędy poprowadziła. Było wąsko, musiałem iść za nią. Ziemia stwardniała od mrozu i nie dawała oparcia. Nie rozmawialiśmy.
Rozglądałem się po okolicy bezustannie, aby utrzymać pozór rozbudzenia. Miałem dość lektury tropów zajęczych na razie, lecz dało się jeszcze czytać jak palimpsest osobliwości flory (odkąd koleiny wozów, przekroczywszy bród, zniknęły w głębi lasu, nie znajdowałem innego śladu cywilizacji). I to, zbyt chaotyczne, znużyło mnie wkrótce.
Spojrzałem na gwiazdy nad nami: próbowałem nazwać miasta, światła latarni morskich, szlaki wyznaczone ciągami lamp na masztach... Posłałem żeglarzom pomyślne życzenia (bez pamięci, że ciągnę korzyść z tego handlu). Ześliznąłem się między drzewa. Rosły gęsto; połamałem gałęzi, zanim wygrzebałem się stamtąd. Zapachniało żywicą.
Stała bez ruchu.
- Pospiesz się. Jestem już głodna.
Oderwałem uwagę od ziemi.
- Mam chyba w kieszeni trochę orzechów.
Prychnęła. Odwróciła się. Znów maszerowałem za nią.
- Zrozum, proszę, że musiałem spędzić trochę czasu na mrozie, żeby ustalić się w tej skromnej i zgodnej postaci.
- Skruszałeś. Ach! Wybaczę ci, jeśli będziesz smaczniejszy.
- Zrobię, co potrafię. - Wspinaliśmy się z powrotem na stok, który stanął nam teraz naprzeciw. - Pamiętaj, jak długo uczymy się zręczności w Grze... - Zdyszałem się nieco. - Jaką zręczność osiągamy... Jak żarłoczna... jest potem ta część nas.
Odwróciła się.
- Postąpiłeś wbrew regułom. Odkąd cię schwytałam, należałeś do mnie!
Zaraz poza szczytem, stok załamywał się znów. Widać było światła wsi między drzewami.
- Nie miałem ochoty kończyć Gry z tobą jeszcze.
Za stokiem leżało dawne zakole rzeczne. Pośrodku tkwiła kępa nagich drzew.
- Byłoby częścią Gry, gdybyś się zgodził na przegraną.
Nie widziałem dokładnie, była to chyba gardziel poprzecznej doliny. Odparłem:
- Innej Gry - tej, którą gramy teraz.
Mgiełka wstawała z martwej wody. Zeszliśmy przez nią po krawędzi stoku.
- Teraz już nie gramy.
Uśmiechnąłem się do jej pleców.
- I na to się zgadzam.
Brzeg był grząski. Długa trawa pod śniegiem trzeszczała sucho; pod nią uginał się lód. Przeszliśmy tamtędy na drogę wychodzącą z lasu i nią, wzdłuż rzeki, dalej. Doleciało ze strony wsi ujadanie. Rzekłem:
- Psy; mam nadzieję, że wilk umknął.
Drogą szliśmy szybko, nad samym brzegiem. Posadzone tam jodły rozrosły się gęsto i pozostawiały widok zaledwie na wodę poniżej gałęzi. Odbijały się w niej w skrócie przystanie na przeciwnym brzegu, wyciągnięte czółna i ogrody powyżej, oświetlone przez okna domów. Niedługo skończyła się po naszej stronie ucięta i umocniona skarpa wzgórza, drzewa przerzedziły się, i wyszliśmy z zamkniętego korytarza do wsi; pojawił się pierwszy dom. Za domem, na podwórzec, obszerny i ciemny, schodziły trzy drogi do mostu. Z mroku skoczył ogromny pies. Szczeknął raz, głucho. Schowała się za mną. Stanąłem przed nim obojętnie, czekając, czego zechce. Parsknął; kręcił się nie zbliżając. Zważyłem na kolczastą obrożę, ostrogi i kapę z herbem. Obróciłem się plecami do niego, przez to - twarzą do niej.
- To tylko sługa.
Za nią, spostrzegłem na podświetlonej gałęzi nawisy pajęczyn, obrośnięte szronem - i zdało mi się tak niewiarygodne widzieć pajęczyny, chociaż zima przyszła wczoraj nagle - zdążyłem zapomnieć o tym. Sięgnąłem po nie, nie zostało mi w ręku nic; obróciłem pięść w świetle. Sięgnąłem raz jeszcze, zagarnąłem pełną dłoń; patrzyłem... Oczy łzawiły, odkąd przystanęliśmy. Przyłożyłem dłoń do policzka (choćbym zdołał ściągnąć rękawice, nie miałem już czucia... zresztą absurdalny gest). Wyciągnąłem rękę do niej, lecz cofnęła głowę bezwolnie.
Powiedziałem:
- Chodźmy dalej.
Przeszliśmy mostem. Naprzeciw stał wielki dom z ciemnej cegły. Nad wejściem, wymalowany napis zatarł się prawie. Język był mi obcy i nie potrafiłem rozpoznać nawet niektórych liter ozdobnego kroju. Za domem skręciliśmy.
Ulica szła stromo pod górę (zbocze doliny po tej stronie było dwakroć wyższe), bruk leżał pod cienką warstwą lodu. Wiatr, który tu wysoko, poza osłoną lasu, zmiatał z niej śnieg, wypełnił ściśle przestrzeń między nami; nie słysząc wzajem swoich kroków, oddechów - oddaliliśmy się od siebie.
Wspinałem się bokiem, pochylony, klinując stopy w rynnie ścieku deszczowego pośrodku ulicy - z prawą ręką wyciągniętą, by oprzeć się w razie upadku. Ona szła przede mną powyżej, w twardych trzewikach; wbijała obcasy w lód. Odłamki pryskały; któryś zranił mnie, utkwił w policzku. "Tylko ukłucie mrozu" - pomyślałem. Był gorący. Nie powiedziałem nic; odwróciłem głowę. W prześwicie ulicy, łuna Miasta wisiała na dalekim horyzoncie. Za wsią kończył się obszar wzgórz; widok sięgał przez bagnistą równinę, przez pola wysokich traw, pocięte kanałami połyskliwej czerni - aż na tamten brzeg Rzeki, do ostatnich świateł w Porcie. W pierwotnym wrażeniu, przejrzystość powietrza kłóciła się ze złością wiatru, który przemierzał równinę po nieruchomym śniegu, aby kąsać tutaj.
Kazała skręcić w malutkie podwórze - puściła mnie przodem - stamtąd na schody wzdłuż ściany (dom stał na stoku), strome, z desek i nierównych kamieni; zszedłem ostrożnie (latarnie z ulicy nie sięgały dotąd, a dom był ciemny, zabrakło nawet lampy nad drzwiami). Spytałem ją, czy nie ma służby. Wzrok przyzwyczajał się. Dwaj mężczyźni wyszli z cienia z nożami, sztywni, niezręczni - zmarznięci. Ona odstąpiła krok ode mnie.
- Nie marnujcie jego krwi - poprosiła.
Wstrząs odrywa mnie od trapu. Padam w morze. Fala podnosi się, i uderzam o burtę. Chwytam starty stopień prawą ręką... Fala opada. Ześlizguję się z nią; obejmuję stopień niżej. Patrzę na ścianę drewna w głębinie. Fala wraca i zieleń prosto w twarz! Podrzucam głowę. W górze pochylone maszty, bezład takielunku.
Wychodzimy z teatru; za drzwiami powietrze. Przed czasem - w pośpiechu przez ciemne sale... Miasto w dole wzgórza. Przejrzyste niebo. Gwiazda. Jej ciało rozgrzane... Rejs wraca jak głodny sen.
Kamienne schody. Żwir na podjeździe.
Po miesiącach powrót do lustra, do długich paznokci; ubrania zatęchły w szafach.
Omijamy park; w dół ulicy. Na ulicy stoły. Rząd fasad: płowe tynki. Futra zwierząt... Wyprostowane w ławach. Bruk lśni od wody. Obrusy zlewano.
Idziemy bez słowa.
Zapalają ognie. Straż w cieniu drzewa, w pół dzika między ścianami kamienia: szerokie źrenice. Kładę dłoń na jej nadgarstek, bieg krwi... Trzewia wyobrażają sobie ostrze lancy.
Poznają mnie, puszczają. Wchodzimy w park.
Mroczno od światła z naprzeciw. Kamienie, potyka się, ścięte gałęzie. W poprzek rów; szukamy kładki. Kopce gliny, mrowią się z gorąca. Duszno od oleju. Kołuje w osadniku. Straż nad rowem - żelaznym kubkiem na kiju zbiera szumowinę.
Huk; ogień na skórze. Nitki gałęzi. Twarz w zapach palonych włosów. W pustym stawie płonie wieloryb.
Przy stołach uważne twarze małp.
Oczekują ofiary.
Dolinę historycznej bitwy miała przykryć woda; rozwój czystej energetyki - przekonywała telewizja. W pośpiechu rozkopywano masowe groby.
Odprawę na lotnisku przeszedłem w aviomarinowej śpiączce. Walizka została prawdopodobnie w bagażniku taksówki. W ubraniu śmierdzącym podróżą, kolejnego dnia zwiedzałem sklepy, żeby upodobnić się do tubylca na czas urlopu.
Kości chrześcijan pochowano w kaplicy fundowanej przez wojewodę po zwycięstwie. Obok mówców wraca szereg ciemnych twarzy między ciasnym kołnierzem a ustnikami trąb.
Objazdową wystawę dogoniłem rok potem. Zwycięzcy zebrali łupy; porzucili je w pośpiechu powrotnych marszów. Wczorajszy deszcz wzbudzał echa w cerkwi, smugi próchna zakręcały wokół żarówek. Kustosz usprawiedliwiał wszystko, kiedy oprowadzał mnie po spelunkach miasteczka, od alkoholu odzyskując potężny wzrost.
Resztę szczątków pozostawiono gminie. Wyobrażam sobie tych górali w galowych mundurach przed hałdami zgnilizny i mętne wody wzbierające na odwiecznym pastwisku. Mecenas Mjatsch, w którego gościnnym domu otrzymałem do dyspozycji albumy, przedstawiał ofertę nie znanego rzeźbiarza.
Miejscowi, których przesądy nie włączały dusz turków, w rozmowie zachowywali nieruchome twarze. Cudzoziemcy głośno okazywali przestrach i zaskoczenie - zadowolenie z przygody. Miałem na uwadze, że byli gotowi ryzykować biedę i złą sławę kraju. Alkohol powodował nawroty do opisu grup szkieletów zestawionych na wapiennych ścieżkach.
Zainteresowanie musiało skłonić Mjatscha do zamówienia nowych tytułów. Mimo ten skandal, coraz nieliczne wycinki tykają sprawę elektrowni. Opozycja spekuluje wokół zastosowań zbudowanego w Niemczech reflektora.
W pogodne noce, zanim spłonęły, kompozycje odtwarzały na podgórskich równinach momentalny teatr cieni, drżący dzięki ruchowi przebijanych mas powietrza - pod spojrzeniem załóg rejsowych samolotów.
Pozwól, że zabawię Cię historią. Pewnego ranka przechodnie ujrzeli tutaj dół o rozmiarach grobu. Ziemia była równo rozrzucona; dno - nie tknięte, jak wysondowano. Trwała kanikuła. Społeczność miasta szukała ulgi w wyziewach kurczącej się rzeki. Nie sposób było przejść lasem i nie wysłuchać od znajomego. Dół wabił ciekawość zakochanych i włóczęgów jako sposobne ustronie. Prędko na dnie zebrało się plugastwo, chrząszcze i ślimaki, niezdolne wspiąć się. Nadeszła pora burz; spadły liście. Wiosną dół zatracił złowróżbny pozór. Mijano bez znaku. Kiedy innego ranka zniknął, jeden odczułem grozę.
Czekam do przystanku na Dworcu Zachodnim. Skoro pociąg rusza, wychodzę do znajomej, którą widziałem z okna. W korytarzach wciąż tłok; spotykamy się za miastem.
Przy drzwiach przedziału oparty kojec; Joanna trzyma straż, ignorując nieprzyjaźń przechodniów. Rozmawiamy krótko (poprzedniego dnia - do późna). Jej siostra, wewnątrz, bawi dziecko.
Umawiamy się przy końcu drogi. Wspólnie lokujemy kojec na półce z bagażem. Wracam na swoje miejsce i po przejściu konduktora, zasypiam.
Rhododaktylos Eos pławi się w dymach przedmieść. Rozpamiętuję sen o wodzie płynącej ku górze.
Pomagam Joannie przenieść bagaż. Przechodzimy szybko peron, schody i przez górną halę, ku światłu. Jej siostra odjeżdża z mężem. Pozostałą godzinę trawimy na spacerze.
Rozmawiamy pod chłodnym słońcem, obok nieczynnej fontanny; do ławki zlatują gołębie. Jej twarz, zdolna do zabawy incydentalnym przedmiotem i pełna spokoju, dostarcza mi radość.
Joanna mówi. Proszę, żeby powtórzyła, ale nie rozumiem odpowiedzi. Stoję, jak długo potrafię rozróżnić jej okno.
Wjeżdżam na galerię ruchomymi schodami. Kupuję bilety na tramwaj. Idę w lewo. Skręcam dwa razy. Z niszy między skrytkami, znakiem tajemnicy i bogactwa, słyszę fragment transakcji. Między przechodniami; wyłączeni, przy parapetach galerii, patrzą bez litości. W prawo, obok biura werbunkowego. Dziewczyna w tłumie zaczepia mnie. Pyta, czy mogę jej dać trochę pieniędzy. Wyciągam monety z kieszeni. Bierze obiema dłońmi. Widzę w świetle z zewnątrz wyniszczenie ciała, przez chwilę - twarzą w twarz. Druga porusza się; odchodzą.
Przechadzam się na peronie przystanku tramwajowego. Patrzę na zamarzniętą plwocinę w słońcu, śmieci, pchane wiatrem. W drodze z powrotem bawię się śledzeniem nowych ludzi na przeciwnym peronie. Dworzec podniesiony wzorem domu Jowisza Kapitolińskiego; na występach gołębie. Przedstawiciele narodów barbarzyńskich z nastroszonymi piórami.
Wsiadam w tramwaj. Z bliska oglądam dłonie i twarze przy wykonywaniu obojętnych zadań. Z przemieszczeniem wagonu widzę obumarłe i rosnące pasma skóry miasta; więcej krzeseł pozostaje wolnych.
Dziewczyna obok, której długo przypatruję się z powodu podobieństwa, siada naprzeciw. Szuka wygodnej pozycji. Pyta mnie o drogę na uczelnię. Zostawiam jej krótkie wskazówki. Wysiadamy razem. Zastanawiam się nad wpływem ciała na zmienny charakter Hani.
W przerwie zajęć śnię w zakręcie korytarza, pozorując skupienie na muzyce. Świetlik pod sufitem ukazuje zmiany nieba. Podczas wykładu wpatruję się przez okna auli w kontur horyzontu nad dachami fabryk.
Ubieram się starannie. Wychodzę przez rzednący gwar, nadmiernie jasną klatkę schodową... Za drzwiami skok ciemności; cętki świateł w wilgotnym futrze. Wiatr noży na otwartej ulicy. Wąski plac czarnych posągów. Pajęczyny w szybach przystanku. Wchodzę po stromych stopniach. Czekam z kasowaniem biletu, aż tramwaj rusza po zmianie świateł; pasażerowie zajmują miejsca. Patrzę w odbicie w szybie naprzeciw drzwi. Ciemność w głębi uwydatnia gesty dokonywane w świetle.
Zasypiam w dźwięku lamp obok innych mimo rozmów i przechodniów; budzę się, czujny na melodie elektryczności, język błysków i migotań. Mierzę upływ czasu. Jem, przymuszam się do jedzenia; odwracam twarz, szukam ukrycia: na ławce na skwerze psich odchodów obok kolejki steranych prostytutek do telefonu, w azylu pijaczków w zaroślach na skraju wielkiego parkingu, pod drzwiami kościoła... Podobny do krążącego koszmaru, prywatne sen i posiłek odbywam publicznie. Korzystam z wygodnej niewidzialności. Noszę części przestarzałych mundurów; używam malarskich póz i gestów. Trudność określenia, gdzie zaczynam się i kończę, zniechęca do reprymendy. Próbuję cudzych granic.
Zmęczone twarze diabłów, utkwione w czarnej wodzie - w lustrze naprzeciw - albo chwycone kątem na osobności rozmowy; maski próżnych starców, brutalnych młodzieńców rozciągają się do ekscesu. Przechadzam się z ręką w górze, lustruję wstępujących wieloma drzwiami wśród skośnych ścian, podłóg, ścian wagonu, rozrastających się w zewnętrznej ciemności. Mimo woli dopowiadam poruszenia w głębi kolejnych odbić. Zatrzymuję się na powrót w ciżbie. Opoje zioną w twarze gorącym tchem chimer. Obawiam się wreszcie śmiać lub mówić głośno, że zostanę zrozumiany. Przekraczamy rwącą rzekę reflektorów po moście. Kakofonia świateł tłoczy się w szybach. Przyłapani w ścieśnionym wnętrzu, grają postawą i marsowym grymasem. Staruszka pod obroną koronek szybciej obraca paternoster. Mężczyzna o dwa krzesła przede mną mówi do karku sąsiada. Nauczycielka patrzy z góry z niesmakiem. Wjeżdżamy w amfiteatr. Gestami ręki z pistoletem opowiada o walkach stronnictw.
Zatrzymuję się w cieniu pod narożnikiem na widok wieży. Mrowie ciemnych okien pokrywa ściany, rozjarzone balkony na szczycie, ostrze iglicy przesuwa się w rdzawych chmurach. Ruszam długim chodnikiem przez nerwowy tłum klienteli; grupki tkwią przy witrynach rozmawiając. Obok ślepych fasad. Pod drewnianym gankiem szare twarze przechodniów; wyłączeni wysuwają się naprzód. Schodzę pod ulicę, zanim dosięgnę akwarium neonów, w którym poruszają się kolorowe kobiety - w zatoce autobusu pod gładką taflą hotelu.
Jasność korytarza przygasa. Sprzedawcy spuszczają żaluzje, zdejmują maski i wchodzą między ostatnich ludzi. Głębiej, pod dworcem wciąż wrzenie. Idę obok biura werbunkowego, skręcam pod ulicę.
Staję przed wyjściem na schody. W otwartej księgarni obcojęzycznej człowiek z książką w ręku broni się przed oskarżeniem o złodziejstwo. Rzuca książkę na ladę. Doceniam ton i postawę. Nie wie, że mowa zdradza go; jest ślepy na rzecz tak oczywistą.
Stoję przy krawędzi peronu. Pada drobny deszcz i zamarza natychmiast. Tężeję: bez ruchu mniej czuję zimno. Jestem trochę słaby z głodu. Plecami do wiatru, z obróconą głową, patrzę. Możliwość odpoczynku odsunięta przez frenetyczne zmiany miasta.
Aleja lamp unosi się ku niebu i znika - na grzbiecie mostu. Wzdłuż pogoń białych i czerwonych. Krople światła spływają po drutach nad torami. Czekam znaku tramwaju; inne przejeżdżają. Na marginesie iluminacja cyrkowej widowni pulsuje. Zapominam się z wolna, patrzę jak na regularne eksplozje fajerwerków. Odchylam głowę od wiatru na kołnierz kurtki, widzę w odblaskach świateł w powietrzu coś nowego, co rozrasta się i znajduje we mnie odpowiedź. Anamneza - podpowiada pamięć, produkująca skojarzenia jak iluzjonista króliki, które dalej reprodukują się same. Wizja oryginalnej formy kurczy się i obumiera. Pozostaje w górze rozciągnięty druciany szkielet. Nad klatką rosną wieże; w promieniu reflektora między czarnymi wierzchołkami kołysze się, zacumowany, miniaturowy sterowiec.
Wchodzę do wagonu po stromych stopniach; ciężar u ręki. Kasuję bilet. Siadam między drzwiami. Stawiam torbę na kolanach, obejmuję ramieniem; kulę się wokół. Opieram głowę o szybę. Zapadam w ciemność środkowej bramy wiaduktu. Samochody jadą w kole. Przymykam oczy.
Światło. Monument blaszanego baraku - terrarium żarłoczności za szybami refleksów. O krok złote kinkiety w witrynach, promenada idoli bez rysów. Robak w srebrzystym płaszczu wychodzi z trzewi miasta. Pod blaskiem otchłań. Rzeka ciemności. Żelazna balustrada. Rzadcy przechodnie na bulwarze. Daleki brzeg w mdłym świetle latarni - przez połamane krzewy wylewa się w dół skarpy. Mży. Ochłapy na ladach kolorowych bud; kupują; ciepło oddechów. Rdzawe światło z dna fosy; kładka na kratownicowych słupach, sylwetki spacerowiczów z psami. Eksplozje elektrycznej bieli.
Przystanek. Zejście pod ulicę zamknięte deskami; wyłom jakby dla psa, ale nie psy mnożą się w dole. Rewia reflektorów. Tłum, zaślepiony blaskiem. Tramwaj wjeżdża w środek koła. Karuzela samochodów. Erupcja z ukośnej ulicy. Przybliża się akwarium twarzy; oczy zwrócone przez szyby. Skręca. Gmach - ryba w głębi nocy - przesuwa się w sznurach lampek. Przerwa w kręgu. Przystanek. Most.
Labirynt majaków. Lampy oświetlające to, co nie powinno pozostawać w świetle. Skamieniałe szkielety wież - mieszkania wiatru i gwiazd; ikony na płotach - przedmioty kultu akcjonariuszy. Pustka jałowych szerokich jezdni, skrzyżowań - zaorana, obsiana solą. Blizny bombardowań - płaty obnażonej skóry. W ścianach kamienic warstwy stropów, schodów, ślady wąskich drzwi, okien do wewnątrz pokoi - schodów o długich, niskich stopniach, długich pokoi dla przygarbionych istot - zakratowanych, zamurowanych okien do wnętrz pokoi wśród odpadającej farby, tapet. Żywi pospołu z psami odprawiają ceremonię zanieczyszczania rzadkiego śniegu między strupami gruzów.
Tramwaj przystaje na skraju pola pod fasadą pałacu neonów. Spieszący na obrzędy schodzą w czeluść. Zakręt odkrywa odmienny profil budynku. Umiałbym wciąż wejść na tarasy za świetlnymi barierami, zobaczyć w pełni cyprysy tła: przez chwilę niedokonanej przemiany posiadam wybór. Czas, który jest główną rzeką Szeolu, nie pozwala na przyjęcie prawdy obu form lub odwrócenie następstwa. W ekstazie iluzji dodaję do nawarstwionych form - wykrawam wąskie korytarze dopasowane do kształtu mojego ciała, nie wychodzę pod sklepienie umysłu Boga.
W cieniu dłoni, opartej wierzchem o szybę, patrzę na tynkowany mur za rzędem drzew. Drugie szeroko rozwarte oko widzi puste wnętrze wagonu.
Za zakrętem dzielnica zmarłych oddala się. Ponad płotem z betonowych płyt, przez drut kolczasty i grube szkło hale fabryczne wydają jasno oświetloną maszynerię. Pozostawiona popielniczka, szklanki, firanka, plakat, hak na łańcuchowym wielokrążku, pomosty - w ogromie przestrzeni - budzą lęk pierwotny i lęk wyrozumowany.
Plecy śpiącego w znoszonym palcie prostują się. Wiatr wpada przez otwarte drzwi. Tramwaj stoi na pętli. Wysiadam. Palto, z kosturem i sakwą, odchodzi przez wyłom w kole krzewów w stronę namacalnej podmiejskiej nocy.
Idę szybko ulicą między nieokreślonymi budynkami. Nieuważnie na ukos przez hall w obskurny korytarz, klatkę schodową przy kuchni; kobiety w portierni przyjmują brak zameldowania. Na piętrze kolega z ławki unosi rękę na powitanie, spokojny. Rozmawiam zdawkowo. Zaprasza, schodząc do stołówki. Wchodzę na drugie piętro; znajduję drzwi. Otwiera inna. Hania śpi w swetrze na wąskim łóżku; jej ciało zwinięte pod kocem, twarzą do ściany. Budzę ją delikatnie. Daję jej pieniądze od jej brata. Chowa do kieszeni spodni. Przeprasza i odwraca się. Za drzwiami tamta tłumaczy przemęczeniem.
Przyciskam dzwonek domofonu. Czekam sztywno, zanim ciotka odzywa się. Powoli wchodzę po schodach, zdejmując rękawiczki i szalik. Na podeście najwyższego piętra światło otwartych drzwi. Ciotka stoi w głębi korytarza. Pyta o zdrowie rodziny, kiedy się rozbieram; wymienia nieznajome imiona.
Przygotowuję i jem małą kolację. Ciotka ogląda telewizję; jej głos składa z wiadomościami drugą historię. Patrzę na stary kredens i bibeloty. Niekiedy żąda ode mnie wypowiedzi. Wymawiam się koniecznością wstania rano. Sprzątam naczynia.
Zamykam się w pokoju. Czytam książkę z półki. Kładę się do snu. Głosy opowiadają bez końca.
Leżę na nierównej kanapie w szorstkiej koszuli, spodniach: zimno. Stara szafa, cień gałęzi na suficie, zielone lśnienie w fałdach firanki, przeciąg wieje ze szczelin w oknie, moja torba na okrągłym stoliku, w fotelu odwrócony telewizor pod serwetą, regał z pamiątkami córek, pod ścianą wiele krzeseł, jak gdyby mieli usiąść nade mną... skrzyp sprężyn. Oddycham kurzem. Sny pełne zagubienia.
Budzę się. Wstaję. W porze całkowitej ciszy otwieram drzwi regału. Wyciągam z półek stosy starych gazet; inne są puste. Czytam przy świetle latarni za oknem o błahostkach i świętach czasu równego mojemu dzieciństwu. Naokoło migocą przejrzyste mole. Szukam prawdopodobnego następstwa, które połączyłoby oba miasta.
Moja towarzyszka podróży budzi się; pyta o nazwę stacji. Ofiaruję obudzić ją. Patrzę, jak szybko sen opuszcza ciało i twarz. Zostaje wygodnie wyciągnięta przy oknie.
Fałdy martwej skóry, wysokiej trawy i ostu; szlaki i koczowiska hord zbierackich. Na krętych wiaduktach furia aut.
Myślę o powtarzaniu podróży: powolnych godzin w pociągu, nieskończonych chodników, tramwajów, korytarzy, nieruchomych godzin zajęć - o labiryncie, prowadzącym z powrotem, o treści podróży tkwiącej w niepozornych zdarzeniach w ogromie dekoracji. Myślę o sile popychającej do próbowania tej samej drogi; myślę o języku, którym się posługuje. Szukam, jaki porządek wśród zdarzeń dla wielu jest skierowany do mnie.
Tunel; zawieszenie czynności. Rozmowy. Na poprzecznym nasypie grzebień pociągu. Zagrody i pólka w obrębie nasypów. Druga brama. Jazda dnem fosy. Skarpy potarganej sierści. Pociąg zwalnia. Wychylam głowę. Bażant biegnie ścieżką obok wagonu. Torowisko rozszerza się. Pasiaste wieże i hala w oddali. Rząd kół na żelaznych słupach. Pociąg zatrzymuje się. Stoi. Oddycham odorem torowiska, wodą odwilży. Królik skacze w poprzek szyn.
W widłach nasypu insula, sztukateria dziobata od pocisków; bielizna na gałęziach sadu. W chaszczach ułomki kolumn, pieców. Rodziny barbarzyńców palą ognie z chrustu; obracają trofea w dzikości rezerwatu antycznych magnatów kolejowych.
Rekonstruuję porządek proroczego snu w zgiełku obrazów. Oglądam skrzyżowania rzek, jezdni, torów - muliste wody, pasma asfaltu; rozprute worki śmieci. Na dziedzińcach fabryk wokoło zbiorników przeciwpożarowych krystalizujące się półprodukty tknięte przez odwilż. Szerokie balkony szpitala, teatru: sekretne życie górnych pięter - z wysokości nasypu - poświęcone lenistwu mimo aury, sezonu nad białymi parasolami. Blizny między łuską kamienic. Na blasze dachu para clownów-akrobatów: strach na wróble pod obszerną czapką potakuje wypchanej purpurowej sukni, obsydianowej koafiurze, torebce z krokodyla.
Składam rzeczy do torby. Za oknem rzeka. Odwracam się pożegnać. Widzę wnętrza pokoi, postacie, obojętne na procesję oświetlonych przedziałów. Czerń tunelu.
Ciotka żegna mnie w drzwiach imieniem zmarłego. Chodzę w sztywnym ubraniu wokoło przystanku. Wracam przez nagi kraj; tłum w tramwaju oddycha strachem. Wstaje słońce. Przechodzę puste korytarze sztucznego światła przez zgęstniały odór pośpiechu. W ścianie otwarte niewidoczne drzwi do ciasnego labiryntu. Pochylnią w stronę placu. W ostatniej witrynie zdjęcia postarzonych twarzy; myślę czasem przynieść zdjęcie Hani - zobaczyć od razu, jak gdybyśmy mogli żyć bardzo długo razem.
Idę na ukos przez wietrzną, kamienistą płaszczyznę. Z dala od wieży wozy targu. Idę środkiem uliczki w ciszy; spomiędzy pikowanych kurtek wychyla się twarz nomady za zasłoną. Bezruch cyrku rano: bestie i kaleki śpią w wagonach. Spelunka pod tryumfalną trybuną; w rogach zatknięte chorągwie browarników i kompanii wschodnich.
Wchodzę w stary park, głęboko w mur drzew. Szron ustępuje z błotnistej ziemi. Siadam na huśtawce; kołyszę się między promieniami słońca i cienia. Wśród chmur unoszą się błękitne wieże.
Idę w godzinie otwarcia antykwariatów. Na rogach ulic nawołują prozelici Serapisa i Izydy. Pod przybytkiem Mamona śniady żebrak kłania się zachodowi. Uniesioną ręką rzuca o chodnik; huk; nie widzę przez tłum. Powtarza. Jest gniew. Bryła metalu. Przechodzę mimo; jeszcze dwie puszki konserwy obok. Wzdłuż chodnika szereg rachitycznych drzew zapuszcza korzenie między gruzy starego Koryntu.
Przechodnie w tłumie dają mi znaki nienawiści. Szmer z suchych języków starców, historie sączące się z cel. Smród dymów z wiatrem; zgrzyt ruchu ulicznego. W sieć ulic ruin. Kamienie z okien. Głowy obserwatorów bez wyrazu; na zwornikach portali; u filarów potwory z butelkami przy ustach. Szczęk rygli o bramę - echa, echa, echa - kolejne kraty coraz niżej; tablica: urząd państwa-więzienia. Jak długie drążę ekscentryczne korytarze mowy, ruchu, ubioru, nie znikam spomiędzy oczu dozorców.
Tunel wzdłuż fasad ulicy; za deskami okrzyki, stękanie i warknięcia maszyn. Głębokie okna azylu zaciemnione otwartymi książkami. Wysoki pokój przestarzałych poglądów naukowych, cerber, skulony za ladą. Przejście. Korytarze między regałami; pożółkłe oznaczenia działów. Stosy w kątach, na biurku - przekładam. Ktoś na krześle czyta na głos z pochyloną głową. Szafki z powyrywanymi drzwiczkami, zwoje luźnych kart. Ustępuję drogi plecami do półek. Drabina. Kurz; owady pod sufitem. Na grzbietach z bliska układy słów. Zasłona w drzwiach; zapach kawy, rozmowa telefoniczna. Głowa sprzedawcy na skraju fałd. Prowadzi. Łoskot mechanicznej kasy w skrzyni z malowanego na czerwono drewna.
Wchodzę w hall za grubymi murami, wypełniony echem kroków i śmiechu. Rozglądam się. Czytam na tablicy plan zajęć; pytam stojących obok. Wchodzę ślimakiem płaskich schodów, szybem w wieży wzdłuż wąskich okien. Z podestu patrzę na obie strony korytarza pod pochyłym dachem; światło pada z wejść. Monotonna lektura. Czuć drewnem i terpentyną. Idę cicho, zaglądam przez drzwi do sal. Znajduję jej głowę, schyloną nad jednym z pulpitów. Wracam na podest. Czekam; powtarzam lekcje.
Słyszę początek przerwy. Podnoszę wzrok z kartek, za drzwiami przemyka sylwetka Hani. Zamykam podręcznik i podnoszę się z balustrady, kiedy wraca. Witamy się; krążymy naokoło wspólnego ośrodka dla uzyskania najlepszej pozycji. Stajemy obok siebie nieco ukosem, ćwiercią profilu do światła. Patrzymy w rysunek zawieszony na ścianie; rozmawiamy o wykonaniu. Hania czuje się zmęczona i mała. Znajduję między słowami, że nie upadnie. Widzę plamy tuszu migające na palcach. Nie dotykamy się ani razu. Przerwa mija. Schodzę, nucąc wzory wskaźników oceny ryzyka.
Szukam skrzynki pocztowej. Przebiegam kwartał ruin pod spojrzeniem stojących na rogach; lustruję nachylone fasady, rozmyte przez wiatr. Mrocznieje. Śnieg spada w grubych płatkach pod oficynami ministerstwa. Kręcę się w ciasnocie zadymki: naokoło załomów muru, od filaru do filaru, portalu furtki; tłusta sadza na cegłach. Śnieg rzednie. Wychodzę na ulicę. Widzę skrzynkę naprzeciw przystanku. Wrzucam list do Joanny.
Kasuję bilet. Szukam miejsca, kiedy Leszek unosi rękę. Nazwą oswaja ponowne spotkanie. Wzdłuż ślepego przekroju budynków politechniki składamy rozmowę. Wymieniamy żarty nad błotnistym pustkowiem. Gmachy wielu uczelni. Leszek wysiada przed wejściem swojego wydziału.
Wagon pustoszeje. Siedzę bez ruchu. Pijany w odległym kącie mamrocze do towarzysza niedoli. Patrzę w czerwone pyski psów goniących za tramwajem. Za plecami narasta bełkot krzywd. Wstaję przed przystankiem, zapinam kurtkę. Pijany wyrywa się, toczy; przekonuje towarzysza; uderza głową i pięścią powietrze przede mną, uczepiony podpory. Schodzę uważnie po stromych stopniach.
Widzę grupkę zajętą wokół posiadacza miniaturowego odbiornika radiowego. Spaceruję. Przez uchylone okno oddycham; śledzę odciski kropel na piasku pod wiatą z rupieciami. W sali ogłasza zamach bombowy na dworcu. Wykładowca pyta krótko dla uspokojenia. Ruch pociągów wstrzymany. Podchodzę na następnej przerwie. Alarm fałszywy.
Z przystanku słychać rozmowę ptaków. Pamiętam, żeby skasować bilet. Staję przed szybą. Zostawiam torbę na podłodze. Pod pokrywą chmur, w przedwczesnym zmierzchu wyłania się odbicie, podległe już zmianom zapowiadającym noc. Mówię; próbuję usprawiedliwić się, chociaż nie jestem pewien, co uczyniłem źle ani czy można było cokolwiek uratować. Odsuwam się coraz dalej. Rozumiem, że nie można zacząć inaczej jak teraz - z głębokości zmęczenia - przejść mimo błahości zdarzeń, braku związków, chronologii nie do zrekonstruowania. Spieszę się wytłumaczyć, dać skorzystać z opłaconej wiedzy.
Tramwaj zatrzymuje się. Stoi. Ruch wśród pasażerów; podnoszę torbę. Dzwonek. Otwierają się drzwi. Kolejka pustych wagonów. Brniemy w żwirze z powrotem do przystanku. Rozglądam się. Przeskakuję barierkę przy zmianie świateł i biegnę na przystanek autobusowy. Rozpytuję o dojazd. Autobus przeciska się przez skrzyżowanie. Próbuję kupić bilet. Potrzeba, dla której szukam u innych, piętnuje mnie jak wyłączonego wobec siedzących na podwyższonych miejscach bokiem lub tyłem. Wspomaga wdowa; liczymy się drobnymi monetami przed zachodem. Z korytarza pośrodku, przez niskie okna oglądam niespokojne ręce kierowców, w kolejkach twarze wysunięte z grymasem do górnych lusterek.
Idę przez obszerne podziemie, górną halę. Megafony ogłaszają odjazdy z zastępczego dworca. Czekam na przystanku na autobus. Chodzę. Przez drzwi oglądam inny labirynt. Czworo młodych mówi z przesadą. Dla porządku biegnę na perony.
Pytam o następny pociąg. Czekam przed dworcem. Wzdłuż podjazdu zbierają się podróżni. Tkwią przy bagażach albo snują się nerwowo. Czerstwy emeryt opowiada przygody znajomym. Nieznacznie zbliżają się. Podjeżdżają autobusy. Tłoczę się za innymi. Zatrzymuję się w korytarzu, obok rzędu krzeseł. Chwytam za skórzaną pętlę. Pode mną dziewczyna chowa twarz w ciemnej szybie, ciasno otoczona ludźmi i bagażami; płacze. Widzę futerał skrzypiec na jej kolanach i mam tym więcej czułości dla niej. Stoję między pętlą a uchwytem torby, w pełnym zrozumieniu "Sztuki fugi"; nie znajduję usprawiedliwienia dla gestu. Autobus rusza; skręca na długi zjazd z wiaduktu. Znaną ulicą jedzie prosto do dworca. Płacz dziewczyny ustaje.
Wysiadam pospiesznie; w szklane drzwi, tłoczny korytarz, po schodach - kluczę między ludźmi i bagażami - wrzenie górnej hali, do zatłoczonych kas. Staję na skraju tłumu, rozpinam kurtkę. Patrzę po twarzach naokoło. Odliczam. Na balkonach patrzą ciemne postacie. Miejsca wyprzedane. Idę; nakładam z powrotem rękawiczkę. Leszek daje znak. Prowadzi do wyjścia na podjazd z tyłu. Hania mówi. Odjeżdżają następnym pociągiem; wracają się spakować. Zostaję przy wyjściu.
Wchodzę kilkanaście stopni. Siadam niżej zamkniętej furtki. Odnajduję książkę w torbie i czytam. Przechodzą dwaj ze straży. Każą wstać i odejść. Oponuję. Tłumaczą: kalam porządek; grożą. Chowam książkę w kieszeń. Idę; szukam wolnego krzesła. W środku tłumu wyłączeni leżą pokotem na derkach wokoło ołtarza.
Przeglądam płyty i książki. Chodzę sztywno przed wystawami koronek i szminki, naokoło złotej klatki w narożniku, z lustrami, mnożącymi ruch szczęk, za zasłoną zwrotnikowej roślinności. Cofam się. Rozsuwają się drzwi. Czekam w ogrzanym wnętrzu na koszyk. Krążę między regałami labiryntu, ornamentami powtórzonych przedmiotów. Szklane góry. Za przełęczą Ofir. Otyli napełniają kosze pozłotą. Schylam się nad chłodem. Ważę na dłoni, oceniam proporcje substancji i pozoru. Rekwizytornia pieczywa. Oddaję koszyk z uśmiechem w ręce.
Kładę grubą monetę i dwie drobne. Biorę ciasto drożdżowe w szeleszczącym papierze. Schodzę do dolnej hali. Idę przez ludny środek peronu, pod bezczelnymi twarzami widzów na galerii. Pod schodami obóz nomadów. Głowa rodu, żony, sterty tobołów na ławkach; dzieci dokazują między filarami. Mocz utrwalony w marmurze i oku kamery. Światło słabnie. Za szybem windy towarowej, słupem automatów telefonicznych ukryta ławka. Cierpię przyjazd pociągu, przeładunek wózków pocztowych. Otwieram książkę na kolanach. Na ławce z boku rozwijam papier i jem powoli.
Schodzi z miasta - śledzę kątem oka - przygarbiony, brodaty, ze zniszczoną torbą. Podchodzi do mnie i prosi o coś do jedzenia. Dzielimy się ciastem. Wyjmuje poszczerbiony nożyk z kieszeni palta, kroi równo, schylony. Chowa ciasto starannie. Pyta o książkę. Nie znajduję innych słów. Próbuje zacząć rozmowę. Odpowiadam uprzejmie. Żegnamy się.
Czytam. Tracę czucie w palcach. Oczy męczą się. Wstaję. Szukam ciepła. W szklanej poczekalni na peronie między śpiącymi na ławkach stoję z zadartą głową pod telewizorem; Bono śpiewa "One". Mrugają automaty do gier. Dwaj pochyleni w kącie nad strawą. Wychodzę z zaduchu.
Stoję, oparty łokciem o parapet, w rzędzie czekających bez celu wzdłuż ślepych kas. Liczą, zjadają zdobycz w ogrzanej sali; wymieniają obce monety. Słucham rozmowy cygańskiej rodziny z okienka kantoru. Niecierpliwość w kolejce, nazwy wymawiane szeroko przed szybą informacji. Ciemność nad głowami; ruch górnej hali za szkłem. Ścieśnia się. Biorę torbę w rękę. Z boku przystaje, przysuwa się kobiecina. Zakładam słuchawki. Podnosi głowę i wylewa historię. Rwane przez "One Hundred Years" przypływa: jak wyprowadzano z domów, jacy młodzi ginęli. Patrzę na wprost. Każą wychodzić; zamykają salę.
Przesuwanie się ścian i posadzek: brudny, niezmienny marmur, nieruchomość światła - poznanie, bez którego nie można pojąć zdarzeń. Zamieranie handlu w bocznych ulicach. Swoboda przechodniów. Zatrzymuję się przed ladą księgarni. Zakładam okulary (widzę słabo z bólu głowy). Czytam cierpliwie tytuły. Nie znajduję nic. Kiedy chowam okulary, prawe szkło wypada na posadzkę i roztrzaskuje się. Zamiatam okruchy pod ścianę stopą. Szukam, gdzie stanąć poza nurtem. Wchodzę w zatokę przed windą towarową - wzrok przyzwyczaja się - siedzą pod ścianami, śpią. Staję w niszy pod filarem, między szybami baru. Wyjmuję z portfela i łykam tabletkę. Zanim zaczyna działać, człowiek o twardej twarzy chce ze współczucia sprzedać, czego jak myśli, potrzebuję.
Zjeżdżam na peron ruchomymi schodami; wypatruję znajomej twarzy. Przechodzę między ludźmi. Wjeżdżam na przeciwną galerię. Mechaniczne przemieszczenie. Patrzę pod nogi. Żelazne zęby mielą powietrze. Krok na posadzkę. Idę w prawo. Skręcam dwa razy. Nurt niesie na peron. Wyłączeni patrzą bez litości. Przeszukuję tłum. Przyglądam się twarzom. Naśladownictwo usprawiedliwia mnie wśród podróżnych. Unikam ulegania podobieństwom. Megafony ogłaszają przyjazd pociągu. Wjeżdżam na galerię. Wracam nie zmieniając drogi. Idę do pustych krańców peronu dla dopełnienia. Staję przed ruchomymi schodami z zadartą głową; oglądam uważnie zjeżdżających. Czekam przy krawędzi peronu. Gołębie przelatują między załomami sufitu. Przejazd międzynarodowego ekspresu rozświetla halę. Szczury węszą na torach, na dnie podziemia.
Obserwuję ukradkiem niedoskonałą realizację typu Joanny, kiedy mnie znajdują. Dyskutujemy krótko najlepszą pozycję. Prowadzę pod galerię. Nieznajoma pozdrawia z tłumu z radością. Hania odpowiada. Stoimy, kiedy mówią. Megafony ogłaszają przyjazd. Ustawiamy się wzdłuż krawędzi peronu. Rozdzielamy się przy wsiadaniu. Znajduję dwa wolne miejsca w przedziale. Leszek zajmuje. Biegnę dalej. Hania układa plecak na półce. Pytam, czy pomóc. Wracam. Stawiam torbę pod nogami. Czytam do końca książki.
Prostuję się i opieram głowę; czekam z przymkniętymi oczami. Konduktor sprawdza bilety. Podróżni wysiadają na podmiejskich stacjach. Wychodzę; proponuję miejsca Hani. Przerywa rozmowę. Wskazuje na puste fotele. Pytam, czy może pożyczyć coś do czytania. Wstaje do plecaka. Podaje mi książkę. Neutralna rozmowa łagodzi.
Przesiadam się na wolne miejsca. Czytam, dopóki mogę. Drganie światła jarzeniowej lampy; ciemność za oknem. Odkładam książkę. Naprzeciw ostatni obcy trzyma pismo ze zdjęciami. Wysiada w pośpiechu: wciska pismo w szparę między fotelami, chwyta neseser... Leszek przesuwa się; wyjmuje pismo i przegląda. Znajduje przy notatkach na wierzchu plecaka długopis. Rozwiązuje krzyżówkę. Myślę. Przeżuwam gorzko niepowodzenie, nieumiejętność, niewiarę. Nieporozumienie z Hanią wytyka mój niedostatek. Jednak szukam jej towarzystwa; odrzucam siebie, bo wiodę na manowce. Szukam jej, bojąc się do mdłości. Nadto jej miłosierdzie wobec kłamstw i bólu. Jest prywatnym objawieniem Bożego miłosierdzia, ciałem dla tęsknoty; przed nią zbiegają się drogi labiryntu. Leszek pyta o hasła; wymieniamy uwagi. Odnoszę książkę. Hania jest zmęczona. Słucha muzyki.
Zakładam słuchawki. Staję przed szybą w korytarzu. Opieram czoło. Zasłaniam światło z obu stron dłońmi. Zawroty głowy. Wpatruję się w fosforyczne horyzonty. Leszek drzemie w kącie. Siedzę sztywno w twardej kurtce, rękawiczkach na złożonych dłoniach - hieratyczny; bez ruchu mniej czuję zimno. Eksplozje elektrycznej bieli zza okna. W oka mgnieniu zostaniemy przemienieni. Ktoś pyta niewyraźnie o wolne miejsce. Wraca, prowadząc towarzysza. Przesuwam się do okna. Usadza go troskliwie, mówi. Tłumaczy mi. Kiwam głową. Rozmawia ze mną, chociaż nie rozumiem wiele, odpowiadam nietrafnie. Jego mowa jest śpiewem. Tamten zasypia, osuwa się na bok. Kładzie go na kolanach, podtrzymuje głowę ramieniem z czułością.
Późnym, majowym popołudniem, nie znając drogi, szedł w towarzystwie na przyjęcie urodzinowe do domu najlepszego przyjaciela. Od dawna nie był u ludzi. Jego przewodnik również nie był pewny siebie. Wprowadzony do zatłoczonej kuchni, potem w korytarzu - poznał dwoje nieznajomych gości. Przeszedł do pustawego pokoju. Przypatrzył się podniszczonemu obrazowi nad kanapą.
Przesunął w bok od stołu niski fotel i usiadł pośrodku pokoju, zsunął się między poduszki. Przy półkach biblioteczki zatrzymały się i mówiły: dziewczyna, w której był oficjalnie i bez nadziei zakochany, i druga, z którą rozmawiali często przez ostatnie miesiące. Ta odpowiedziała na jego wzrok. Zaproponowała tamtej: "Uduśmy go! Sprawia za dużo kłopotu." Uznając rację, dał im próbować, dopóki nie przyszła mu do głowy celna odpowiedź. Odsunął ich ręce.
Zapadł zmrok. Tkwił sprężony w fotelu. Przy nie domkniętych drzwiach na balkon, firanki rzucały na sufit chwiejne cienie w butelkowobursztynowym świetle latarni pod balkonem. W pokoju nikt nie zapalił światła. Trzech jego kolegów na narożnej kanapie zapamiętało się w dyskusji nad rzeczą, na której znał się równie. W korytarzu, między otwartymi drzwiami pokoju a kuchni widział śmiejącą się Hanię. Z ciemnego kąta wieszaka na ubrania przy drzwiach wejściowych wychylał podświetlony profil Adama; mówił, nie zagłuszony przez magnetofon. Na zewnątrz uparcie krzyczały ptaki. Światło z lampki w kuchni, odbite od ciemnozielonej glazury nad zlewem, błyskało na nagich ramionach Hani.
Czuł głupstwo każdej odpowiedzi. Dziewczyna szła przez pokój. Zatrzymała się przy nim. "Dlaczego jesteś smutny?" - zapytała. Odpowiedział: "Nie jestem." Wstał. Była niższa, młodsza. Jasna cera i włosy do ramion; czerwone i zielone nici zaplecione w warkoczykach nad uszami; sukienka, którą uznał za indiańską. "Kasia" - przypomniał sobie imię. Nie zauważył, o czym mówili. Ocknął się: "Może usiądziemy?" Rozejrzał się. Okropna kanapa za stołem. Drugi fotel. "Mogę usiąść na podłodze" - odpowiedziała. Usiadła przy wolnej poręczy. Zsunął się na powrót między poduszki. Spróbował mówić; znalazł sytuację niemożliwą. "Musimy usiąść razem" - powiedział. Przenieśli się w kąt między stołem a drzwiami na balkon. Na grubym dywanie siedli obok siebie, twarzami do siebie, przedzieleni torebką z koralików. Nie zauważył, o czym rozmawiali. Ukryci, w atmosferze niejako dzielenia sekretów, pochyleni ku sobie - obejmując kolana ramionami... Wpatrywał się w nią; jednocześnie: światło na krawędzi stołu, nieznane wnętrze pokoju obok, pływające za szybą z grubego szkła. Niezakłócone poznanie rzeczy. To, co mówił, i to, co słyszał, zapominał, tak jak się zapomina niektóre nie przystające do dziennego doświadczenia zdarzenia senne.
Kuba przeszedł obok, otworzył szerzej drzwi na balkon; wrócił do kuchni. Za chwilę przyszedł znowu. Zapytał, wtrącając "aa" i "mm": "Nie chcecie się przenieść do pokoju Elki?" Nie znał imienia; domyślił się, że mowa o przeszklonych drzwiach. Przypomniał sobie coś o młodszej siostrze. Ścierpły i nasycony, zgodził się - dla poblasku tajemnicy. Nie zamknęli drzwi. Mówili o sobie świadomie, dla spędzenia czasu w nieruchomym świetle z okna. Kasia patrzyła na zegarek. Musiała już iść. Próbował zatrzymać ją, ale wyjaśniła rzeczowo. Pożegnała się z gośćmi. Odprowadzili ją z Kubą pod drzwi kamienicy. Wrócili razem przez noc.
Po partii szachów i rewanżu schodzili z Kubą do miasta. Zobaczyli Kasię; machała im spod drzwi telegrafu. Przeszła przez ulicę. Przywitali się. Pocałowała Kubę. "Jak się cieszę, że cię spotykam!" Musiała jutro koniecznie spotkać się z przyjaciółką na obozie żeglarskim; szukała towarzysza nocnej podróży. Kuba miał jutro zobowiązania. Zmartwiła się. "Może ty ze mną pojedziesz?" - zapytała znienacka. Myślał przez chwilę. Miał przy sobie pieniądze, był za lekko ubrany... Dni upływały na przygotowaniu. Był gotów. Poszli szybko przez ulice, których od lat nie widywał; zajęty towarzystwem, nie zwrócił uwagi - dopiero obcy tumult dworca. Kasia kupowała bilety; słuchał z daleka. Musiał uprzedzić rodziców. Zapytał, gdzie znajdzie automaty telefoniczne i jak ich używać. Kupił w kiosku - na wszelki wypadek - dwa żetony. Wszedł do kabiny i zaczął studiować instrukcję. Wyszedł i poprosił o pomoc. Uprzedził, że wyjeżdża na dwa dni, dobierając elementy uzasadnienia. Przeszli wszyscy na peron.
Ogromny i pusty wagon w kolorze jasnej imitacji drewna. Zapach brudu i wiatru. Kanapy kryte czerwoną imitacją skóry. Usiedli naprzeciw. Słońce ukosem w brudną szybę. Jej włosy na czerwonym zagłówku. Próbowała pytać. Opowiadał o swoich podróżach; mówił z namysłem, urywanie o rzeczach bez wyraźnego znaczenia - jak odmienność znanych drzew, głos świerszczy i linii elektrycznej na pustkowiu, kolor księżyca nad kamienistym morzem... Ludzie pojawiali się momentalnie nad oparciami, żeby wyjść. Na powrót kołysanie wagonu. Bez uprzedzenia, zapaliło się światło. Jeszcze chwilę migotanie niektórych lamp w lustrach i fałszywej politurze. Kasia drzemała z głową przechyloną do okna. Wstał i wychylił się. Pociąg zakręcał powoli na wielkim nasypie. Głosy rozmów, dźwięk piosenki przy gitarze. Ruchome cienie w rozświetlonych oknach. Wiało gorącem. Usiadł z brzegu kanapy. Nie odczuwając potrzeby snu, wpatrywał się w deseń sztucznej skóry w blasku lamp jarzeniowych, błędną drogę muchy na zagłówku. Kasia spała spokojnie, niekiedy kołysana lekko. Widział - bez uprzedzającej myśli.
Wjazd na stację. Pośpiech w obcym wnętrzu, niepewność przebudzenia. Na stromych schodach wagonu. Odjazd. Obszerna noc. Przejście peronami: smolny zapach torowiska, jaskrawobiałe owady w świetle lamp. Podjazd przed dworcem. Pola, szosa między szpalerami drzew. Poza krąg latarni... W pełni nocy, w ciszy, cieple, odosobnieniu, pod gwiazdami zawieszonymi nisko w suchym powietrzu, marsz zacienionym skrajem szosy wzdłuż pól dojrzałego zboża, lśniących między drzewami. Niósł plecak.
Skręcili na widok świateł w wysokim domu, zapytać o drogę. Pylisty, brukowany dojazd. Weszli przez otwartą bramę. Lampa nad wejściem do dworu, nad otwartymi wrotami stodół... Przechodzili dziedziniec w ażurowych cieniach żelaznych maszyn rolniczych. Wspięli się na podest, stanęli pod lampą. Tabliczka z numerem domu. Drzwi były uchylone. Zapukał i otworzył. Głęboka sień, pełna zamkniętych drzwi. Światło na piętrze. Weszli ostrożnie po drewnianych schodach. Światło z otwartych drzwi. Zapukał i wszedł. Dywan, biurko, szafa z rocznikami dzienników urzędowych. Słaba żarówka na suficie. Bok pokoju zajmowała kwiecista kotara. Zajrzał. W pomarańczowym cieniu szafa pancerna. Poszedł za Kasią przez drzwi naprzeciwko. Sala balowa. Czarne okna. Ćma trzepotała w kloszu żyrandola; cień miotał się po ścianach, parkiecie wokół Kasi. Wyszli powoli, nie napotykając nikogo.
Skręcili na szeroką, ubitą drogę w stronę jeziora. Szli między polami, mijając rzadko drzewo owocowe. Droga malała nieznacznie. Zwolnił, aż szli obok siebie, mając pośrodku pas wysokiej trawy. Droga skończyła się łąką. Podeszli nad brzeg jeziora. Stali nad wyciętą w trzcinach zatoczką. W kącie wykoszonej trawy chował się jednoosobowy namiot i kajak. Zachowywali się cicho. Kasia spróbowała dojrzeć, jak daleko stąd do obozu. Krzywizna brzegu zasłaniała widok ku północy. Odeszli w lewo ścieżką przez trzciny, żeby uzyskać lepszy kąt widzenia, ale doprowadziła tylko do innej, zarośniętej zatoczki. Wrócili. Naradzali się przyciszonymi głosami. Stanęli przy brzegu pod drzewem - w oddaleniu od namiotu. Zaczęli śpiewać. Postanowili jeszcze raz spróbować zapytać o drogę. Śpiewali: "Panie Janie, niech pan wstanie..." Nie umiał śpiewać. Był głośno. Słuchał Kasi. Odśpiewali raz i drugi. Przerwała: "On nas słyszy. Nie chce wyjść." Wrócili znów na szosę.
Weszli do wsi zmęczeni nocą. Na prawo od szosy, dwie lub trzy nikłe lampy w podwórkach, ukazujące się z ich marszem między czarnymi konturami, w luksusie żółtawych i zielonkawych odcieni. Z lewej krótki stok trawy, szara plaża i nieruchome jezioro, nie pasujący budynek, za którym domyślili się obozu. Zeszli po betonowych schodkach na oświetlony ganek. Zajrzeli przez szybę w drzwiach. Głęboko, za kontuarem drzemała kobieta. Zastukał. Ocknęła się, popatrzyła na nich. Kasia pokazała, że chce mówić. Zawijając się w ciemnoczerwoną chustę, kobieta podeszła i uchyliła drzwi - chuda, czarnowłosa, przestraszona. Potwierdziła: to ten ośrodek. Kasia starannie wyjaśniła, kogo szukają. Zapytała o recepcję. "Nie ma recepcji." Zapytała o kierownika. "Nie ma kierownika. Wyjechał." Zbierali się do odejścia, kiedy zapytała jeszcze: "Takie miejsce, gdzie się przyjmuje gości?" Tu przyjmują gości. W nocy nie wpuści. Rano sprawdzi, gdzie one mieszkają. Mogą przenocować na plaży. Zawrócili. Przeszli wzdłuż nieokreślonej ściany budynku, kilkadziesiąt kroków w ciężkim piasku. Trafili na bezużyteczny betonowy fundament. Kasia otworzyła plecak. Oddała mu sweter; sama nałożyła bluzę z kapturem i schowała się w śpiworze. Ubrał się i położył. Nie umiał znaleźć znośnej pozycji. Podłożył sweter pod głowę. W szortach i koszuli z krótkimi rękawami leżał wyprostowany, patrząc na gwiazdy, nieruchomo. Czuł wilgoć nocy, kamyki i chłód betonu. Podniósł się przed świtem. Kasia spała na boku. Rozpięty do połowy śpiwór i podciągnięta bluza odsłaniały kawałek pleców. Poszedł do szosy. Ominął zagrody i wspiął się na podkopaną skarpę szerokiego pagórka. Wyszedł na wschód i przystanął. Na połowie nieba podnosiła się różowa łuna. Łąka przed nim pochylała się łagodnie ku szarej dolinie. Wysikał się pod krzakiem i wrócił patrzyć. Na widnokręgu wstawało rozmyte, płonące słońce, jeszcze przez chwilę znośne dla oka. Prześwietliło zroszoną zieleń na wyżynie. Stał bez ruchu. W ciszy pojawił się odległy warkot. Znalazł kierunek. Spoza pagórka na żółtą drogę wyjechała przedwojenna ciężarówka. Odszedł, obudzić Kasię.
Na recepcji kobieta odnalazła w książce, zadowolona, koleżankę Kasi i skierowała ich. Obeszli chodnikiem plac apelowy w ostrym słońcu. Hałas ich kroków i rozmowy. Za ogrodzeniem do kolan z przyciętych krzewów, w rzędzie drewnianych domków odnaleźli podany numer. Ścieżka z płyt chodnikowych przez trawnik pod oknami. Drzwi otworzyła dziewczyna w piżamie. Jej niedowierzanie... radosne, głośne przywitanie z Kasią. Zaskoczenie na jego widok. Znał przez Kasię jeszcze jedną z trzech następnych wewnątrz. W porannym ruchu w ciasnej sypialni Kasia oddała powód całej podróży; otrzymali zaproszenie na śniadanie. Na stołówce zajęli stolik z obiema znajomymi. Dopóki stały przy bufecie, poznał senne linoleum, żółto malowane ściany, okna z oślepiającym widokiem fal. Przyszły z pełnymi tacami. Dla nich udało im się dostać tylko herbatę. Pił powoli wodę o smaku jeziora trzymając nieporęczny kubek w splecionych dłoniach. Przez opar patrzył na rozmawiające. Słuchał brzęku sztućców o talerze w zbyt dużej sali. Na czas zajęć zostali w domku sami. Znalazł na szafce angielski słownik opisowy i czytał na jednym z dolnych łóżek. Kasia przyniosła z łazienki miskę z wodą; siedząc na sąsiednim łóżku ścierała pożyczonym pumeksem skórę na stopach.
Pożegnali się w południe, przed drugą turą dziennych zajęć. Weszli na bezludną szosę. Maszerował wbrew upałowi, szybko, ze złością. Od wstrząsów pasek od plecaka Kasi na lewym ramieniu wysuwał się ze sprzączki do ustalania długości; zatrzymywali się kilkakrotnie dla naprawy przez Kasię. Zadzierzgnięte na śliskim materiale supły zesuwały i rozwiązywały się... Wreszcie uchwycił wiszący koniec i tak szedł. Obejrzał się na Kasię, czy nadąża; zgrzana, uśmiechnęła się. Zatrzymał się w cieniu, zmęczony niewygodą, dla kolejnej naprawy, naprzeciw odwiedzonego w nocy domu. Oglądał dzienny krąg zabudowań nad głową Kasi. Z bramy wyjechała furgonetka. Ruszyli. Podnosząc tuman pyłu, dotarła do szosy i zwolniła przed skrętem. Kasia zamachała ręką. Zapytała o podwiezienie do miasta. Usiedli z tyłu z dwoma młodymi robotnikami. Patrzył, kiedy żartowali z Kasią, kołysząc się na ławce przy ścianie blaszanej budy, w podmuchach od otwartego okna kierowcy. Wysiedli, dziękując, na przedmieściu. Zawiłą drogą przeszli trudne do zapamiętania, zatłoczone turystami miasteczko. Kupili lody i przechadzali się z nimi po przystani. Z zazdrością podziwiał ciała żeglarzy zajętych przy jachtach. Rozglądał się za oznakami festiwalu szanty, który podał wśród pretekstów wyjazdu. Odeszli wkrótce na dworzec. Z instrukcjami Kasi, stanął w kolejce do kasy i słuchał uważnie. Poprosił o bilet w zasłyszany sposób. W dworcowym bufecie kupili butelkę wody i pili, czekając na peronie.
Siedział w słońcu, głuchy na rozmowę sąsiadów. Nie rozumiejąc wyglądał na nadjeżdżające łąki, krowy, płoty. Kasia przysypiała niewygodnie obok. Wreszcie wydobyła z plecaka sweter i umościła oparcie w kącie.